karafka, a raczej karafa lub może wazon nawet….

 

 

 

 

Mało mam czasu ostatnio, drastycznie mało…

kradnę go dla siebie późnym wieczorem, jednak niezbyt gorliwie, bo po całym dniu zmęczona  jestem okrutnie i na ten złodziejski proceder sił mi już nie staje…

jakoś lepiej mi idzie w weekendy, czekam na nie z utęsknieniem wielkim cały tydzień, a jak już taki upragniony i wyczekany weekend nastaje, to rzucam się odpoczywać…

znaczy – rzucam się do pracowni…

znaczy – rozkładam swoje zabawki i… ODPOCZYWAM..

znaczy –  robię sobie coś…

znaczy – maluję… czasem…

ech! znaczy – dekupażuję (jeśli jakaś terminowa praca nade mną wisi)…

a jak jestem bardzo, ale to bardzo, bardzo  zmęczona, to sobie…. złocę (przy czym termin „złocę” jest dość mylący dla postronnych i wcale nie oznacza li tylko pokrywania złotem…  🙂 dla mnie „złocić” znaczy równie dobrze „srebrzyć” albo i „miedzić” czy „brązić” nawet, taka już dość pokręcona jestem niestety, ale czas na zmianę mła to już dawno minął i teraz to już przepadło …)

Najchętniej złocę szkło, ale wybredna nie jestem. Dawno już zauważyłam, że złocenie ma na mnie wyjątkowo dobroczynny wpływ, zawsze mi się potem poprawia i to niezależnie od osiągniętych efektów, więc sięgam po tę złocenio-srebrzenio-miedziowo-brązową terapię tak często, jak tylko mogę, w końcu każdy chce być  piękny i zdrowy, nie? no właśnie, ja też…

Wyciągam z kątów jakieś zapomniane, albo nietrafione prezenty i zaczynam terapię (bez żadnych zbędnych wyrzutów sumienia, typu „ale przecież ktoś to kupił/wybrał/podarował żeby sprawić przyjemność”… żadne takie! jak ja to mam w rękach, to znaczy, że żadnej przyjemności wcześniej nie było! no i w końcu moje zdrowie jest wartością nadrzędną!…  bo piękna to ja  już jestem i bez tego  😛 …)

No i ostatniego weekendu zawlokłam do dziupli karafkę… karafę właściwie, bo ona jakaś przerośnięta jak na karafkę mi się zdała, toporna, z zaburzeniami proporcjonalnymi 😛 …

ani smukłości, ani wyrafinowania, ani delikatności należnej komuś, kto w końcu z ekskluzywnymi, tudzież doborowymi oraz  elitarnymi  trunkami na co dzień obcuje –  w niej niczego takiego nie było za grosz… w dodatku płaska była jak decha, a to przecież kobieta jest – musi jakieś wypukłości posiadać…

Rozłożyłam zabawki (a u mnie jakoś tak wprost proporcjonalnie do zmęczenia – im bardziej zmęczona  – tym więcej zabawek muszę mieć) – i na początek tych wypukłości przydałam, a potem pozłociłam, posrebrzyłam, pomiedziłam, pobitumiłam, solami i tuszami gdzieniegdzie  polałam i… zaraz się lepiej poczułam :).

 

Mam teraz karafę w metale odzianą, co nawet za wazon może robić  🙂

i jakoś, mimo, że toporności nie straciła, a i proporcje ma nadal takie same, bardziej teraz bliska memu sercu jest, no i ja zdecydowanie zdrowsza i z nowymi siłami w kolejny tydzień wkroczyłam…

 

 

12 komentarzyto karafka, a raczej karafa lub może wazon nawet….

  1. Dyzia napisał(a):

    No cudna… i nic więcej nie powiem, a moje sole czekają… może właśnie na taki impuls od ciebie 🙂

  2. rosier napisał(a):

    Ona jest NIEMOŻLIWIE PIĘKNA!!!! Chciałabym tak umieć.

  3. poddasze.decouart napisał(a):

    Aaaaale piękna! Te błyski i cieniowania.Super!Bardzo,bardzo mi się podoba. Ja solenia dopiero próbuję na pociętych deseczkach,niestety,efekt wciąż mnie nie zadawala. Ale nie poddaję się.

  4. Shanna napisał(a):

    Piekna. Te czerwone/rozowe blyski sa kapitalne. Widze duzo soli. Znaczy podoba mi sie. Tyle tam kolorow, ze faktycznie musialas spac z otwartymi oczami 🙂

    • Viola napisał(a):

      Te błyski to alkohole, jakoś tak mi pasowały i chyba trochę ożywiły tę karafę. Pewnie gdyby gabaryty owej były mniejsze, to bym sobie je darowała 🙂
      no i one w realu są jakby bardziej stonowane, chyba na zdjęciach to słońce je tak bardzo podświetliło…

  5. Dominika napisał(a):

    Znow mam ochote na sole 🙂 Mamy dokladnie te same mazniete zaciecie, i paleta kolorow ta sama, moglybysmy sie zamknac z dokladnie tymi samymi zloceniami, patynami, alkoholami i sie zaloze, ze dokladnie te same kolory by nam wystarczaly 🙂

    • Viola napisał(a):

      Ha! I jaka by to była oszczędność (co ogromnie byłoby miłe mojemu posenowemu sercu :P) na materiałach, nie?
      Tylko, że Ciebie wywiało daaaleeeeko, za wodę wielką… 🙁

  6. poddasze.decouart napisał(a):

    Wow,tyle energii twórczej w jednym miejscu. No,no,to dopiero byłyby fajerwerki! No i oczywiście nieziemskie efekty! …

    • Viola napisał(a):

      Hahaha, już to widzę – wszędzie w koło unoszący się, bajecznie kolorowy pył mik i lejące się po ścianach barwne alkohole… i bitum!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Translate »