a słowiki spać nie dają…

 

 

No, przyznaję się bez bicia – nie uwierzyłabym! Nikomu, kto by mi o tym powiedział…

Nie w to, że słowiki, albo że spać i  że nie dają, w to tak, bez problemu… ale w to, że już i teraz, gdy ledwie tydzień temu  w Posen była regularna zima, nie jakaś tam licha kopia, a najprawdziwsza – z mrozem i kopnymi śniegami, no w to to już na pewno nie, nie i nikomu….

A jednak!…  – sama byłam świadkiem, sama na własne uszy słyszałam!  i uwierzyć musiałam, bo w końcu komu jak komu, ale sobie to ja wierzę.

 

Dzisiaj w nocy to było… i wcale nie spałam, bo…. no nie dawały (pewnie to nie one, a on był, jeden…  ale za to wytrwały i głośny).

 

W siedzibie rodowej mamy swoje nawyki, kultywowane z dawien dawna, w tradycję obrośnięte – i tak – od wiosny aż do „póki się da” śpimy przy otwartych oknach…

A jako, że wiosna nam nastała, to i do wiosennych nawyków wróciliśmy i od kiedy nam miłościwie panuje  Zielonooka (czyli od mniej więcej czterech dni, znaczy nocy) w naszej małżeńskiej sypialnej komnacie śpimy przy uchylonym oknie.

Dzisiaj też spaliśmy. Do czasu…

Najlepszy zasnął od razu, taki typ, tak już ma – jemu wystarczy pomyśleć o łóżku i już śpi – a właściwie zasypia w drodze, tak między pozycją „siad” a „leżeć” , mniej więcej gdzieś w połowie drogi i jak osiąga „leżeć” to już śpi martwym bykiem…

ja jak zwykle trochę zmarudziłam, podumałam, plany najbliższe  przy pomocy mojej szarej komóreczki jedynaczki, co to w czerepie mym rezyduje, porobiłam, i wreszcie – ulegając utyskiwaniom w/w, że taka niby zmęczona (a swoją drogą ciekawe co ją  niby tak zmęczyło?  nie przemęczam jej przecież, w ciągu dnia to ona więcej wypoczywa jak pracuje…) – w końcu  też w objęcia Morfeusza wpadłam…

 

Śniłam sobie spokojnie… w miarę spokojnie, bo sny  kręciły się wokół tarasu, a to że  jeszcze do sezonu nie przygotowany (to ta przydługa zima…), a że malowanie mebli mnie czeka (to akurat lubię), a że jakieś nowe dekoracje by trzeba (coś mi tam mgliście świtało nawet), że jakieś nasadzenia (w tym roku idę w biele), i że spokojnie, bo jeszcze czas, nie ma co wariować, że zdążę, bo ta zima to dopiero co się skończyła przecież, wiosna jeszcze bardzo młodziutka… zdążę…

 

Było cicho i sennie (ten szum samochodów w tle, co to nigdy całkiem nie zanika to już na mnie nie robi wrażenia, chyba nawet go nie słyszę…) i nagle…

I nagle  w tę ciszę wdarł się hałas, tak ni stąd, ni zowąd.

 

Obudziłam się natychmiast, usiadłam lekko zdezorientowana – ki diabeł? w środku nocy? śpiewa? jakiś pijany ptak… pewnie z impry wraca… – pomyślałam, rzucając nieprzytomne spojrzenie na zegar – zaraz! przecież to wpół do czwartej! absolutnie żaden znany mi ptak, nawet wstawiony, o tej porze nie imprezuje, zresztą zimno jest, kwiecień mamy,  komunikacja w nocy nie jeździ… to co, pieszo wraca? no chyba, że naćpany, to mu wsio rawno… ale skąd wraca? na Starym jeszcze wszystko pozamykane, nie sezon przecież… chyba, że jakaś prywatka mu się trafiła gdzieś blisko… nawet ładnie śpiewa… całkiem jak słowik… rany boskie!!! TO jest słowik!!!

 

– Ty – obróciłam się w stronę Najlepszego, żeby budzić terazzaraznatychmiast , niech też słyszy, niech przeżywa, w końcu słowik to nie co noc przecież, w zeszłym roku to tylko ze dwa razy, albo najwyżej cztery, a i tak nie słyszał, bo go akurat nie było, no to teraz…

 

– Zamknij to okno, bo spać nie można, drze się  jak stare gacie – mruknęło z boku.

 

– Jak to się drze??!! Jak drze!  Śpiewa! To słowik! Posłuchaj jak pięknie… Słyszysz?

 

– No… głośno jak przez megafon, spać nie daje – mruczało dalej, ale jakby odrobinę mniej napastliwie.

 

– Pięknie śpiewa – rozmarzyłam się – i zobacz, dopiero co była zima, a tu słowik, a jeszcze przecież maja nie ma… niesamowite, co nie?

 

– No…

 

– Ciekawe kiedy przyleciał, i gdzie się zatrzymał, przecież śnieg leżał i  zimno było, i nawet mróz… i co jadł biedaczek, i że nie zamarzł, i że mu się chce tak całą noc, i przecież kwiecień dopiero, a ja myślałam, że słowiki to tylko w maju, i że…

 

– Cicho kobieto! Daj posłuchać…

 

 

…………………………………………………………………………………………………..

 

 

A rano – skoro świt –  pobiegłam na taras wdrożyć w życie coś, co od dłuższego czasu kołatało mi się w głowie – tarasowe słoikowe lampiony w jedność połączone…

Bo czasu to chyba już nie ma, skoro słowiki  spać nie dają, to i czekać nie ma co, działać trzeba.

 

Lampion jest dopełnieniem butli, która powstała w oczekiwaniu na….

… na serwetki urody wielkiej, obiecane mi przez koleżankę z dalekiego południa ,

o przepięknym motywie, wielce przeze mnie pożądanym…

doczekać się ich nie mogłam, wymyślić musiałam coś jużteraznatychmiast, zanim jeszcze je w ręce stęsknione wezmę – no i wymyśliłam… butlę na napitki tarasowe w klimacie serwetek upragnionych (motyw zrobiłam sobie sama)…

 

Oto i ona, butla tarasowa w pełnej krasie  i tenże, lampion słoikowy…

 

 

A serwetek upragnionych jak nie miałam wcale, tak teraz mam i to z dwóch źródeł naraz – Muzo i Aniu – dzięki

 

 

2 komentarzeto a słowiki spać nie dają…

  1. malola pisze:

    Wiosna i lato na takim tarasie z lampką ambrozji i przy tych lampionach……

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Translate »