ZieloneKoty

now browsing by category

 

WIOSNA! PORA ŁĄCZYĆ SIĘ W PARY…

Wiosna! Pora łączyć się w pary.
Na dworze zrobiło się cieplej, powiały łagodniejsze wiatry, po niebie gonią się klucze dzikich gęsi, ptaki głośno krzyczą w ogrodzie – znaczy wiosna już.
A jak wiosna to najwyższa pora zakładać gniazda i składać jaja.
Miałam w swoich zasobach dwa gipsowe ptaszki. Do tej pory były surowe, w kolorze gipsu i wcale mi to nie przeszkadzało. Podobały mi się takie jakie były. (Ćma, poznajesz? 🙂 )
Teraz jednak postanowiłam je trochę zmienić, dodać koloru, lekko podrasować.
Ptaszki miały fakturę, jednak z uwagi na to, że chciałam je malować farbami kredowymi, pogłębiłam tę fakturę rylcem. Farby kredowe są gęste, bałam się, że po pomalowaniu faktura zostanie zniwelowana, a tego nie chciałam. Wśród moich szablonów znalazłam taki z serduszkami i ozdobiłam nimi brzuszki ptaszków.
Pomalowałam je trzema kolorami – szarym, białym i brązowym – za każdym razem przecierając farby przed wyschnięciem.
Na koniec lekko przetarłam złotym woskiem, żeby dodatkowo podkreślić fakturę.
Później wylałam z gipsu dwa jaja, jako formy używając skorupek zwykłych kurzych jaj. Ozdobiłam je w ten sam sposób.
Tym samym powstał wiosenny, wielkanocny komplet.
Postawiłam go na parapecie, żeby przypominał mi, że Wielkanoc tuż-tuż…
Ptaszki są moją kolejną inspiracją dla ZielonychKotów

ŻEBY ZASTAWIE RODOWEJ BYŁO WYGODNIE…

 

 

 

… zrobiłam jej mieszkanko na miarę.

Duże być musiało, bo i zastawa rozbudowana.

Długo szukałam czegoś odpowiedniego, czegoś, co musiało mieć ściśle określone wymiary, bo miejsce, które owemu mieszkanku przeznaczyłam było i wciąż jest bardzo, ale to bardzo nietypowe – to półka wieńcząca taką półściankę pomiędzy kuchnią i jadalnią, ażurowa i wysoka na 2 m. Dość wspomnieć, że gdy lakonicznie i niezobowiązująco wspomniałam, że zamierzam tam postawić szafkę Najlepszy spojrzał na mnie najpierw z niedowierzaniem, a  zaraz potem z politowaniem, a jego oczy krzyczały: „Kobieto! Opamiętaj się!”.

No dobra, to była wersja grzeczna, bo tak naprawdę to krzyczały: „Puknij ty się w czerep! Ciebie to już chyba tylko do Tworek trzeba! To awykonalne! Półka za wysoko, za wąska, nie wytrzyma obciążenia, się nie da, pomysł do bani, jaka szafka??!

Niewiele się tymi krzykami przejęłam, w końcu żyję z moim Najlepszym od wiek wieków amen, to i sposoby na niego zdążyłam już sobie wypracować, a poza tym im bardziej bredzi, że się nie da, tym bardziej utwierdza mnie w wierze, że się da (na mnie też trzeba mieć sposoby 🙂 bo gdyby powiedział, że pomysł fajny/super/odlotowy to pewnie straciłabym dla niego serce i nawet bym nie zaczynała).

Ale tak, jak nie obeszło mnie w ogóle „się nie da”, to pytanie „jaka szafka?” dało mi już do myślenia. No bo rzeczywiście – jaka?

Wiedziałam tylko, że musi mieć bardzo ściśle określone wymiary, bo półki, na której ma stać, nie da się wydłużyć, a i odległości pomiędzy półką a sufitem też się nie da zmienić.

No to zaczęłam poszukiwania. Szukałam, szukałam, szukałam… i nic! Znajdowałam albo za duże, albo za małe, albo brzydkie i za duże, albo okropne i za małe.

Aż wreszcie jedna wpadła mi w oko, gabarytami – na oko – pasowała, wyglądała fajnie, no i miała szybki łączone na ołów, a do tego pięknie świeciła wnętrzem, co spodobało mi się od razu, bo natychmiast ujrzałam dusznymi oczyma swoją rodową zastawę cudnie podświetloną wieczorową porą. Kupiłam bez wnikliwego zastanawiania i straty czasu, bo ja niecierpliwa jestem.

A potem przyszło  opamiętanie – a co będzie jak nie wcisnę jej (znaczy Najlepszy z Nieletnim nie wcisną, bo ja nawet nie zamierzałam próbować,  słaba wszak kobieta jestem) pod ten sufit?

-A, to spoko – pomyślałam – pójdzie gdzie indziej i już.

-Tej – odezwała się Szara – ale, że jak gdzie indziej? Przecież ty już nie masz ani gdzie, ani indziej, zapomniałaś?

-Fakt, i gdzie, i indziej już mi się wykorzystały do ostatniego centymetra – niechętnie przyznałam jej rację, zła, że siedziba rodowa jakoś ścian z gumy mieć nie chce, a jednocześnie gorączkowo się zastanawiając co faktycznie zrobię jak nie wejdzie tam, gdzie ma wejść – e, spoko, jak nie wejdzie to się pomyśli. Na razie mnie nie denerwuj, zaczekaj aż przywiozą.

No i przywieźli…

Szara rzuciła okiem i aż się zatoczyła ze śmiechu.

-Ty! A ty na pewno chcesz ją tam na tę półkę? SIĘ NIE ZMIEŚCI! – szydziła jawnie i zjadliwie – MÓWIŁAM!!!!

Guzik prawda, nic takiego nie mówiła – pomyślałam cichutko, żeby zołza nie usłyszała i rzuciłam głośno i z nonszalancją godną skazańca tuż przed egzekucją – się zmieści!!

– Się pożyje, się zobaczy, hehehe, ciekawa jestem kto powie Najlepszemu, żeby ją tam na tę górę wtaszczył – zaśmiewała się dalej, podskakując i tupiąc z uciechy po całym czerepie, przyprawiając mnie o wstrząsy przy każdym tupie – nie patrz na mnie, ja nie!!

– Dobra już, idź spać i nie wnerwiaj mnie – mruknęłam i powtórzyłam chyba tylko dla własnego lepszego samopoczucia – zmieści się…

A potem się za nią, szafkę/witrynę/nadstawkę, zabrałam.

Że ma być w stylu dwóch poprzednich, już zrobionych, wiedziałam od razu – stare, spatynowane srebro – i to poszło dość szybko, choć przód pochłonął 150 arkuszy srebra, więc było co robić. Malowania środka nawet nie ma co wspominać, bo to pikuś.

O dreszcze jednak przyprawiły mnie plecy. Jakoś wcześniej niewiele się nimi zajmowałam i prawie zupełnie mi umknęło, że one – plecy – będą przecież w całości widoczne od strony jadalni… A przecież na tych plecach wystają kable (trzy) od tego mojego ulubionego oświetlanego środka. Wcześniej niejasno majaczyły mi się jakieś dekory, szablony, może srebrzenia na tych plecach, ale to było wcześniej, zanim te kable (grube) zobaczyłam. Teraz stanęłam przed nimi i wymiękłam 😉 Próbowałam jakoś je zamaskować – na nic, próbowałam ukryć  w reliefach albo odciskach – jedna poopencja tylko z tego wychodzila, nawet pomyślałam o odcięciu ich w chwili desperacji i  niemocy, ale wtedy właśnie Najlepszy przyniósł z garażu jakąś resztkę połamanego czegoś. Spojrzałam mimochodem, zajęta tymi plecami bez reszty, i nagle mnie oświeciło.

– Ty, a co to jest? – spytałam ostrożnie, żeby nie spłoszyć nadziei, która nagle zakwitła mi w sercu i zrodziła pomysł – i na co co ci to?

– A, jakieś resztki paneli, co to je kiedyś Junior przywiózł… zalegają w garażu – odrzekł ochoczo, nieświadomy tego, co go zaraz spotka – a co?

– A nie, nic… tak tylko pytam  – mruknęłam, udając, że średnio mnie interesuje  z czym i dlaczego on tu przyszedł i pytam grzecznościowo jeno – A dużo tego tam zalega?

– Trochę, a potrzebujesz?

– Ja wiem? – rzuciłam chytrze haczyk – chyba nie, bo z tego to już się nic nie da zrobić…

– A co to jest to nic?

– E, takie tam,  bo chciałam jakoś te kable ukryć… Ale takie panele to na nic, bo i tak ich nie przykryją…

– Jak nie jak tak? – Najlepszy wyraźnie połknął haczyk i pozostało tylko wyciągnąć go na brzeg.

– No nie, bo zobacz jakie one grube te kable..

– Ale przecież jak się je złoży to one tu mają taki rowek, widzisz? – Najlepszy zaczął mnie przekonywać, tak jakbym nie wiedziała o tym rowku i nie zdążyła już sobie wyobrazić jak te kable w tych rowkach leżą pięknie/równo/i/niewidocznie.

– No nie wiem… chyba się nie uda… nie, to się na pewno nie uda! – słodka blond idiotka to moje drugie imię, pomyślałam samokrytycznie i złośliwie pod swoim adresem, ale przecież cel uświęca środki – Trzeba wymyślić coś innego, pomożesz? Bo ja już nie mam pomysłu…

– Czekaj, zaraz ci pokażę, że będzie pasowało – zatokował Najlepszy Z Mężów i pomknął jak rączy rumak pełnej krwi do garażu, skąd po chwili wrócił z pełnym naręczem desek.

– Zobacz! – rzekł z dumą, gdy już je ułożył na tych plecach i ślicznie wcisnął kable w rowki – Zobacz! Mówiłem, że się da!

– No, nawet chyba mogłoby być… – pochwaliłam delikatnie – ale one takie jakieś nierówne, te deski… Teraz będę musiała  te nierówności zamaskować (rany, czy ktoś uwierzy, że można być tak durnym??!! zamaskować??? zamiast przyciąć do jednej długości???) tylko JAK???…

– Najlepszy spojrzał na mnie z politowaniem  i wziął piłę w dłoń.

Ufff… – odetchnęłam z ulgą,  bo jakoś tego cięcia to ja nie lubię, co nie znaczy, że nie umiem, o czym Najlepszy dobrze wie, bo kiedyś nieopacznie z tą umiejętnością  niechcący  się ujawniłam – całe szczęście, że się dał wmanewrować.

Po chwili miałam już ślicznie przycięte deski na całe plecy. Co prawda o szerokości ciut przekraczającej szerokość szafki, ale na moją sugestię, żeby dwie skrajne przycięć RÓWNO na długości, Najlepszy sam wyszedł z inicjatywą docięcia ram, bo to łatwiej i cięcia mniej, na co przystałam łaskawie, ciesząc się w duchu, że nie musiałam nawet sugerować, bo poszło rozpędem, i mam co mieć chciałam – czyli obraz na plecach w ramie.

A potem pozostało już tylko zbić deski, umocować ramę i ozdobić całość, a to już pikuś i nawet nie ma co pisać…

Temat wciągania szafki na wysokość półki i jej mocowanie, żeby nikomu na głowę nie spadła, kwestia podpórek pomiędzy półkami, ich przycięcie i wklejenie (bardziej w lewo! no co ty – w prawo!! krzywo! prosto! na ukos! itp. itd.) pomijam, bo to temat na całkiem osobną opowieść.

 

 

 

 

O tym jak duża jest ta szafka niech świadczy fakt, że dotąd zastawa zajmowała całą jedna szafkę kuchenna, a teraz nie dosyć, że cała zmieściła się bez problemu, to jeszcze ma luz 🙂

szafka/witryna/nadstawka – 160x85x 35cm

 

 

SOK Z ŻUKA – BUTLA…

 

 

Kolejna moja propozycja dla Zielonych Kotów.

Tym razem butla. Czarna. I trochę srebrna. I z żukiem. I z drzewem (z drugiej strony).

Nie będę już pisać, że ja i butle to niezbyt kompatybilny układ, bo to wszyscy wiedzą.

Cały opis powstawania butli zawarłam na blogu ZielonychKotów  – zapraszam.

KOSZ-OSŁONKA-NOSIDŁO…

… na zioła. Żeby na kuchennym parapecie ładnie było 🙂

Własnoręcznie wycięty z deseczek (nareszcie miałam okazję wykorzystać mój gwiazdkowy prezent, przepiękną, wymarzoną przeze mnie wyrzynarkę 🙂 ), własnoręcznie zbity i własnoręcznie ozdobiony.

Moja inspiracja dla ZieloneKoty

WALENTYNKOWE SERCE JAK ZE STAREGO, POPĘKANEGO MURU…

 

 

 

Takie chciałam, walentynkowe, ale ani czerwone, ani różane, ani wymuskane i ze wstążeczką. Żadne słodkie i cukierkowe, wręcz przeciwnie – miało być surowe i chropowate.

Miało być stare już na dzień dobry.

Inne.

Popękane.

Wyblakłe upływem lat, a jednak wciąż czytelne.

Chciałam, by kojarzyło się ze starym murem, z jego fakturą, z popękanym tynkiem pobrudzonym dotykiem wielu rąk, z wyblakłą farbą…

Jest moją kolejną inspiracją dla ZielonychKotów.

 

 

 

DESKA Z KOGUTEM…

Nie jest żadną tajemnicą, że drób należy do jednych z moich najbardziej ulubionych motywów.

Lubię te wszystkie kury i koguty. A szczególnie koguty właśnie. Są takie dumne, kolorowe i wojownicze. I te ich ogony… wiem, wiem, daleko im do pawich, nie są ani tak okazałe, ani aż tak kolorowe, wiem. Ale te  długie, kogucie pióra, układające się miękką linią, błyskające amarantem, malachitem i złotem, lekko falujące przy każdym kroku, zawsze mnie fascynowały… No lubię drób i już 🙂

 

Postanowiłam więc wykorzystać ten mój ulubiony motyw w kolejnej inspiracji wykonanej dla ZielonychKotów i powstała mix-mediowa deska z kogutem. Sposób jej powstania i wykaz potrzebnych preparatów znajdziecie tu.

TALERZ-PÓŁMISEK, CZYLI DECOU NA PORCELANIE…

… i moja kolejna inspiracja dla ZielonychKotów.

Tym razem zrobiłam coś w jasnościach i w kwiatach – talerz, a właściwie półmisek na pisanki.

Spód to klasyczne decou, czyli coś, czego dawno już nie robiłam, taki mój powrót do korzeni 😉 – z piękną serwetką GreenGate – ale ranty już po mojemu obecnemu zauroczeniu, czyli mixed-mediowo zrobione 😉

Dokładny opis pracy i wykaz materiałów, których użyłam, znajdziecie na blogu ZieloneKoty.

ZIMOWY SŁÓJ NA PIERNIKI…

Lubię je robić, bo lubię pierniki.

Tym razem stał się zimowy i śnieżny, tak z tęsknoty za świętami, które drzewiej bywały, żeby choć na świątecznym stole jakaś namiastka zimy była 😉

To moja kolejna propozycja dla ZielonychKotów.

Słój jest duży, z elementami 3D, z obsypanymi śniegiem i skrzącym brokatem choinkami, z górami w białych czapach i z romantyczną chatką w zimowej scenerii…

Taki zimowy słój na pierniki.

Słój mixed-media, sole patynujące, stemple, wykrojniki, brokaty, złocenia, postarzenia

BOMBKA JAK GRUDNIOWE NIEBO…

Święta idą.

Zbliżają się wielkimi krokami.

Wkrótce wokół roztoczą swoją magię. Znów będzie błyszcząco od brokatu, migająco od lampek, skrząco od śniegu (mam nadzieję 😉 ).

Wkrótce nastanie ten czas.

Czekam na niego z utęsknieniem wielkim. Już się nie mogę doczekać ubierania choinki…

A jak choinka to – bombki oczywiście.

Staram się co roku zrobić jakąś nową, inną, choć w powodzi tych wszystkich bombek, których wysyp w Internecie już się dawno zaczął – wcale łatwo nie jest…

Tym razem zainspirowało mnie grudniowe niebo – ciemne, zimowe, z milionem brylantowych gwiazd, które jakoś wtedy bardziej błyszczą.

Zrobiłam więc bombkę gwiaździstą, taką właśnie jak owo niebo.

Jest niby ciemna, ale jasna. 

I zupełnie inna, niż te, które robiłam dotychczas.

Jest bogata.

Jest błyszcząca.

Taka trochę w stylu glamour.

Jasna – jak jasna, rozjarzona lampkami choinka, otulona anielskimi, srebrnymi włosami.

 I ciemna – jak  grudniowe, gwiaździste niebo…

Bombka powstała jako moja inspiracja dla ZielonychKotów.

 

 

 

 

JESIENNA IMPRESJA….

Jesień.
Dla mnie najpiękniejsza ze wszystkich pór roku.
Działa na wszystkie moje zmysły.
Wyzwala we mnie pokłady spokoju, zadumy, refleksji,  o jakie bym się nawet nie podejrzewała.
Czaruje barwami, rozczula mgłą, gra deszczem i szumi wiatrem.
Czekam na nią cały rok, dużo wcześniej sprawdzam czy liście wciąż jeszcze zielone, czy może ta pierwsza czerwona plamka na którymś to może już? A może te brylantowe krople nanizane na pajęczą sieć są znakiem, że przyszła? Albo pierwszy zielony dym w ogrodzie jest jej zwiastunem?
Ale dopiero gdy zobaczę karminowe korale na jarzębinie, gdy znajdę pierwszego, brązowego i aksamitnego kasztana, gdy o poranku i wieczorem widzę ogród ubrany w zwiewne mgły –  wiem na pewno – już jest!
Jesień.
Pora wyciszenia i spokoju.
Pora, gdy znów w kominie mieszka dym.
Pora miliona barw.
I śliwkowych powideł.
I herbaty pachnącej pomarańczą.
I skaczącego po brzozowych polanach, wesołego ognia.

I płaczących deszczem szyb.

To jest właśnie jesień. Moja jesień.

W tym roku powitałam ją herbaciarką – delikatną, w kolorze perłowej, październikowej mgły gdzieniegdzie przetykanej jasnymi promieniami chłodnego słońca i błyskającej lazurem jesiennego nieba.

Prawie czuję, jak z jej wnętrza wydobywa się zapach mojej ulubionej herbaty z pomarańczą…

 

Nazwałam tę skrzynkę Jesienną Impresją – prawda, że się z jesienią kojarzy ?

Więcej o sposobie jej zrobienia i mediach, których użyłam znajdziecie na blogu ZieloneKoty.

ZIELONEKOTY…

ZieloneKoty to piękna nazwa nowego sklepu dla  zakręconych craftowo istot, który właśnie otwiera swoje podwoje, a ja mam zaszczyt być członkiem DT owego przybytku dobra wszelakiego, wszystkim tworzącym niezbędnego.

Inauguracja działalności ma swoje prawa, więc na dobry początek i na dobrą wróżbę zapraszamy Was do zabawy BLOG HOP (oczywiście, że to zabawa z nagrodami, nawet nie muszę wspominać, prawda?).

Jeśli więc tu teraz jesteście, to znaczy, że trafiliście do mnie z bloga Ady i  zasady są Wam doskonale znane.

Zostawcie komentarz pod postem i skoczcie do Mirelli.

Jeśli jednak trafiliście przypadkowo – nic straconego – kocim susem odwiedźcie  blog sklepu ZieloneKoty i dalej postępujcie zgodnie z  zawartymi tam wytycznymi 🙂

A teraz moja inspiracja z tajemniczymi Zielonymi Kotami, przygotowana specjalnie na tę okazję.

 

 

Translate »