Słowa

now browsing by category

 

JESIEŃ RETROSPEKCJA…

Kocham jesień. Od zawsze.

Co roku jak tylko kończy się wiosna zaczynam na nią czekać. Naprzeciwko mojego okna rośnie jarzębina. Patrzę na nią codziennie, obserwuję jak wypuszcza liście, jak kwitnie, jak zawiązuje owoce i jak one zaczynają się przebarwiać. Najpierw są niepozorne, zielone, potem stają się różowe i z każdym dniem ich barwa intensywnieje. Teraz są czerwone i to znak, że jesień już blisko. Więc czekam…

Lubię czekać. Wyobrażam sobie wtedy jaka ta jesień będzie – ciepła i słoneczna? Kolorowa jak paleta szalonego malarza? Zamglona i nostalgiczna? Szara jak dym z ogniska czy brązowa jak kasztany? A może złota jak astry? Deszczowa? Bardziej wrześniowo-październikowa czy listopadowa? 

Jaka?

Nie wiem, czekam…

Żeby sobie skrócić ten czas oczekiwania spróbowałam sobie namalować jesienie, które przeminęły. Połączyłam wszystkie moje wspomnienia w jedno. Stąd jest tu i ciepłe, wrześniowe słońce, błyszczące kolorami październikowe drzewa, jest jasne, zamglone niebo i jesienna szaruga listopadowych dni.

Jesień. Rozpasana kolorami, bogata owocami, romantyczna i zadumana odlotem ptaków, smutna deszczem, dynamiczna wiatrem i spokojna mgłą.

Nie jestem malarzem, nawet nie próbuję być, bo zwyczajnie nie umiem malować.

Ale ten obraz namalować musiałam…

Jesień retrospekcja.

Taka moja w środku lata.

deska, farby kredowe, barwniki mineralne, mika, złocenia, postarzenia, fakrury

ELEGANCKIE SERWETNIKI, CZYLI CZERŃ ZE ZŁOTEM…

 

Chciałam, żeby były eleganckie.

A elegancja to czerń, bezapelacyjnie.

I złoto.

Połączyłam więc dwa w jedno. A dla większego sznytu dodałam też odrobinę perłowej zieleni.

I są – dwa eleganckie serwetniki w czerni, złocie i zieleni…

Są inspiracją dla ZielonychKotów.

 

 

ŻEBY ZASTAWIE RODOWEJ BYŁO WYGODNIE…

 

 

 

… zrobiłam jej mieszkanko na miarę.

Duże być musiało, bo i zastawa rozbudowana.

Długo szukałam czegoś odpowiedniego, czegoś, co musiało mieć ściśle określone wymiary, bo miejsce, które owemu mieszkanku przeznaczyłam było i wciąż jest bardzo, ale to bardzo nietypowe – to półka wieńcząca taką półściankę pomiędzy kuchnią i jadalnią, ażurowa i wysoka na 2 m. Dość wspomnieć, że gdy lakonicznie i niezobowiązująco wspomniałam, że zamierzam tam postawić szafkę Najlepszy spojrzał na mnie najpierw z niedowierzaniem, a  zaraz potem z politowaniem, a jego oczy krzyczały: „Kobieto! Opamiętaj się!”.

No dobra, to była wersja grzeczna, bo tak naprawdę to krzyczały: „Puknij ty się w czerep! Ciebie to już chyba tylko do Tworek trzeba! To awykonalne! Półka za wysoko, za wąska, nie wytrzyma obciążenia, się nie da, pomysł do bani, jaka szafka??!

Niewiele się tymi krzykami przejęłam, w końcu żyję z moim Najlepszym od wiek wieków amen, to i sposoby na niego zdążyłam już sobie wypracować, a poza tym im bardziej bredzi, że się nie da, tym bardziej utwierdza mnie w wierze, że się da (na mnie też trzeba mieć sposoby 🙂 bo gdyby powiedział, że pomysł fajny/super/odlotowy to pewnie straciłabym dla niego serce i nawet bym nie zaczynała).

Ale tak, jak nie obeszło mnie w ogóle „się nie da”, to pytanie „jaka szafka?” dało mi już do myślenia. No bo rzeczywiście – jaka?

Wiedziałam tylko, że musi mieć bardzo ściśle określone wymiary, bo półki, na której ma stać, nie da się wydłużyć, a i odległości pomiędzy półką a sufitem też się nie da zmienić.

No to zaczęłam poszukiwania. Szukałam, szukałam, szukałam… i nic! Znajdowałam albo za duże, albo za małe, albo brzydkie i za duże, albo okropne i za małe.

Aż wreszcie jedna wpadła mi w oko, gabarytami – na oko – pasowała, wyglądała fajnie, no i miała szybki łączone na ołów, a do tego pięknie świeciła wnętrzem, co spodobało mi się od razu, bo natychmiast ujrzałam dusznymi oczyma swoją rodową zastawę cudnie podświetloną wieczorową porą. Kupiłam bez wnikliwego zastanawiania i straty czasu, bo ja niecierpliwa jestem.

A potem przyszło  opamiętanie – a co będzie jak nie wcisnę jej (znaczy Najlepszy z Nieletnim nie wcisną, bo ja nawet nie zamierzałam próbować,  słaba wszak kobieta jestem) pod ten sufit?

-A, to spoko – pomyślałam – pójdzie gdzie indziej i już.

-Tej – odezwała się Szara – ale, że jak gdzie indziej? Przecież ty już nie masz ani gdzie, ani indziej, zapomniałaś?

-Fakt, i gdzie, i indziej już mi się wykorzystały do ostatniego centymetra – niechętnie przyznałam jej rację, zła, że siedziba rodowa jakoś ścian z gumy mieć nie chce, a jednocześnie gorączkowo się zastanawiając co faktycznie zrobię jak nie wejdzie tam, gdzie ma wejść – e, spoko, jak nie wejdzie to się pomyśli. Na razie mnie nie denerwuj, zaczekaj aż przywiozą.

No i przywieźli…

Szara rzuciła okiem i aż się zatoczyła ze śmiechu.

-Ty! A ty na pewno chcesz ją tam na tę półkę? SIĘ NIE ZMIEŚCI! – szydziła jawnie i zjadliwie – MÓWIŁAM!!!!

Guzik prawda, nic takiego nie mówiła – pomyślałam cichutko, żeby zołza nie usłyszała i rzuciłam głośno i z nonszalancją godną skazańca tuż przed egzekucją – się zmieści!!

– Się pożyje, się zobaczy, hehehe, ciekawa jestem kto powie Najlepszemu, żeby ją tam na tę górę wtaszczył – zaśmiewała się dalej, podskakując i tupiąc z uciechy po całym czerepie, przyprawiając mnie o wstrząsy przy każdym tupie – nie patrz na mnie, ja nie!!

– Dobra już, idź spać i nie wnerwiaj mnie – mruknęłam i powtórzyłam chyba tylko dla własnego lepszego samopoczucia – zmieści się…

A potem się za nią, szafkę/witrynę/nadstawkę, zabrałam.

Że ma być w stylu dwóch poprzednich, już zrobionych, wiedziałam od razu – stare, spatynowane srebro – i to poszło dość szybko, choć przód pochłonął 150 arkuszy srebra, więc było co robić. Malowania środka nawet nie ma co wspominać, bo to pikuś.

O dreszcze jednak przyprawiły mnie plecy. Jakoś wcześniej niewiele się nimi zajmowałam i prawie zupełnie mi umknęło, że one – plecy – będą przecież w całości widoczne od strony jadalni… A przecież na tych plecach wystają kable (trzy) od tego mojego ulubionego oświetlanego środka. Wcześniej niejasno majaczyły mi się jakieś dekory, szablony, może srebrzenia na tych plecach, ale to było wcześniej, zanim te kable (grube) zobaczyłam. Teraz stanęłam przed nimi i wymiękłam 😉 Próbowałam jakoś je zamaskować – na nic, próbowałam ukryć  w reliefach albo odciskach – jedna poopencja tylko z tego wychodzila, nawet pomyślałam o odcięciu ich w chwili desperacji i  niemocy, ale wtedy właśnie Najlepszy przyniósł z garażu jakąś resztkę połamanego czegoś. Spojrzałam mimochodem, zajęta tymi plecami bez reszty, i nagle mnie oświeciło.

– Ty, a co to jest? – spytałam ostrożnie, żeby nie spłoszyć nadziei, która nagle zakwitła mi w sercu i zrodziła pomysł – i na co co ci to?

– A, jakieś resztki paneli, co to je kiedyś Junior przywiózł… zalegają w garażu – odrzekł ochoczo, nieświadomy tego, co go zaraz spotka – a co?

– A nie, nic… tak tylko pytam  – mruknęłam, udając, że średnio mnie interesuje  z czym i dlaczego on tu przyszedł i pytam grzecznościowo jeno – A dużo tego tam zalega?

– Trochę, a potrzebujesz?

– Ja wiem? – rzuciłam chytrze haczyk – chyba nie, bo z tego to już się nic nie da zrobić…

– A co to jest to nic?

– E, takie tam,  bo chciałam jakoś te kable ukryć… Ale takie panele to na nic, bo i tak ich nie przykryją…

– Jak nie jak tak? – Najlepszy wyraźnie połknął haczyk i pozostało tylko wyciągnąć go na brzeg.

– No nie, bo zobacz jakie one grube te kable..

– Ale przecież jak się je złoży to one tu mają taki rowek, widzisz? – Najlepszy zaczął mnie przekonywać, tak jakbym nie wiedziała o tym rowku i nie zdążyła już sobie wyobrazić jak te kable w tych rowkach leżą pięknie/równo/i/niewidocznie.

– No nie wiem… chyba się nie uda… nie, to się na pewno nie uda! – słodka blond idiotka to moje drugie imię, pomyślałam samokrytycznie i złośliwie pod swoim adresem, ale przecież cel uświęca środki – Trzeba wymyślić coś innego, pomożesz? Bo ja już nie mam pomysłu…

– Czekaj, zaraz ci pokażę, że będzie pasowało – zatokował Najlepszy Z Mężów i pomknął jak rączy rumak pełnej krwi do garażu, skąd po chwili wrócił z pełnym naręczem desek.

– Zobacz! – rzekł z dumą, gdy już je ułożył na tych plecach i ślicznie wcisnął kable w rowki – Zobacz! Mówiłem, że się da!

– No, nawet chyba mogłoby być… – pochwaliłam delikatnie – ale one takie jakieś nierówne, te deski… Teraz będę musiała  te nierówności zamaskować (rany, czy ktoś uwierzy, że można być tak durnym??!! zamaskować??? zamiast przyciąć do jednej długości???) tylko JAK???…

– Najlepszy spojrzał na mnie z politowaniem  i wziął piłę w dłoń.

Ufff… – odetchnęłam z ulgą,  bo jakoś tego cięcia to ja nie lubię, co nie znaczy, że nie umiem, o czym Najlepszy dobrze wie, bo kiedyś nieopacznie z tą umiejętnością  niechcący  się ujawniłam – całe szczęście, że się dał wmanewrować.

Po chwili miałam już ślicznie przycięte deski na całe plecy. Co prawda o szerokości ciut przekraczającej szerokość szafki, ale na moją sugestię, żeby dwie skrajne przycięć RÓWNO na długości, Najlepszy sam wyszedł z inicjatywą docięcia ram, bo to łatwiej i cięcia mniej, na co przystałam łaskawie, ciesząc się w duchu, że nie musiałam nawet sugerować, bo poszło rozpędem, i mam co mieć chciałam – czyli obraz na plecach w ramie.

A potem pozostało już tylko zbić deski, umocować ramę i ozdobić całość, a to już pikuś i nawet nie ma co pisać…

Temat wciągania szafki na wysokość półki i jej mocowanie, żeby nikomu na głowę nie spadła, kwestia podpórek pomiędzy półkami, ich przycięcie i wklejenie (bardziej w lewo! no co ty – w prawo!! krzywo! prosto! na ukos! itp. itd.) pomijam, bo to temat na całkiem osobną opowieść.

 

 

 

 

O tym jak duża jest ta szafka niech świadczy fakt, że dotąd zastawa zajmowała całą jedna szafkę kuchenna, a teraz nie dosyć, że cała zmieściła się bez problemu, to jeszcze ma luz 🙂

szafka/witryna/nadstawka – 160x85x 35cm

 

 

BETONOWA DONICA…

Była mi potrzebna zaraz, już, natychmiast, bo ja niecierpliwa jestem ogromnie, a właśnie nabyłam drogą kupna fajowską choinkę i musiałam ją w coś posadzić. 

Już musiałam, bo mi jej żal było……

No dobrze, kłamię. Tak naprawdę to chciałam zrobić donicę, choinka to tylko pretekst.

Zabawiłam się więc w murarza i tynkarza, a potem w PSUJA, bo musiałam z niej cośtam odkuć, cośtam popsuć, bo jakaś taka za grzeczna była.

W efekcie moich konstruktywnych i destrukcyjnych działań powstało takie oto coś…

Póki co zamieszkała w niej choinka, a wiosną się zobaczy 🙂

DZIEJE SIĘ BAJKA…

 

 

 

Jest taki dzień, gdy dzieje się najpiękniejsza bajka świata.

Dzień pełen gwiazd, magii, ciepłych promyków świec, blasku choinki i zapachu pierników.

Dzień, w którym wszystkie dzieci są grzeczne.

Czekają z noskami przyklejonymi do szyby  na tę czarodziejską chwilę, gdy błyśnie pierwsza gwiazdka i gdy na niebie, wysoko, pojawi się On…

I oto jest!

Jedzie w saniach ciągnionych przez renifery, cały ośnieżony, bo z daleka bieży.  Rozpędzone reny krzeszą skry, sypiąc wokół okruchami gwiazd i lodu, migającymi w świetle jak diamenty. Nad nim rozgwieżdżone, zimowe niebo, pod nim ośnieżone chatynki zagubione w bezkresnym śniegu.

I wtedy zaczyna się magia…

Już niedługo…

 

Bombka plexi, fi 20cm

mixed-media

BARDZO STARA SKRZYNIA WOJSKOWA CO SWOJE PRZESZŁA…

 

 

 

 

 

Zawsze taką chciałam mieć.

I w końcu się udało. Kupiłam starą, wojskową skrzynię na amunicję. Cieszyłam się jak dziecko.

Była bardzo zniszczona, przód miała porysowany, z ubytkami drewna, wieko krzywe i powyginane w siedem stron świata,  nie domykało się i nadawało tylko do wymiany, zawiasy  pogięte, spodnie listwy  połamane… Słowem obraz nędzy i rozpaczy.

Najlepszy z Mężów spojrzał z ukosa i kazał odstawić do porąbania, Nieletni uśmiechnął się z politowaniem.

Ale mnie się podobała!

W moich planach miała być podróżną skrzynią na preparaty i media, bo już dość miałam wożenia owych w przypadkowych torbach, kartonach czy innych siateczkach. Chciałam je wozić z klasą. I dzięki tej skrzyni plany  miały się ziścić.

Nie przerażało mnie, że na dobrą sprawę musiałam ją zrobić od nowa, nie takie rzeczy się robiło. W końcu czym jest rozwiercanie nitów przy  zawiasach (bagatela – 16 sztuk!) nawet jeśli do tej pory nie miało się o tym  bladego pojęcia – pikuś!, co tam rozkręcanie jej na czynniki pierwsze, nawet, gdy trzeba się mocować ze śrubami wbitymi, a nie jak Bozia przykazała wkręcanymi – drugi pikuś!, co tam jazda do budowlańca po materiał na wieko i podejmowanie nieodwołalnej decyzji o jego rodzaju i grubości (trudne było, bo drugi raz jechać nie zamierzałam) – nawet nie ma co wspominać!

Gnało mnie do tej roboty w sto rączych koni i żadna trudność nie była w stanie mi w tym przeszkodzić. Nie mogłam się doczekać kiedy w końcu będę mogła wziąć w rękę pędzel.

No i wreszcie, po wszystkich przygotowaniach, wypełnieniach ubytków (boki były tak zniszczone, szczególnie przód, że musiałam je zakuć), wymianach nienaprawialnych, skręcaniu wszystkiego nazad do kupy, przystąpiłam  do najprzyjemniejszej części roboty – zdobienia wieka.

Żeby ułatwić sobie pracę nie zamontowałam go do skrzyni, wychodząc z słusznego skądinąd założenia, że będzie mi o wiele łatwiej malować je w postaci soute, bo ono wszak imponujących rozmiarów jest, niż takie już zamontowane na gotowo, ze skrzynią pod spodem.

No… i nie przewidziałam jednego… Ech, jeszcze teraz mnie trzęsie jak sobie pomyślę…

Ale po kolei.

Bawiłam się z tym wiekiem długo. Nie spieszyłam się. Wciąż dokładałam  mu nowego i nowego, i patrzyłam z satysfakcją i (samo) zadowoleniem jak się zmienia. Widziałam jak żyje. I podobało mi się to, co widziałam 😉 Nie ograniczałam się w tych zdobniczych elementach w żadnym razie – wszak wieko (no i cała skrzynia) miało być moje, więc potraktowałam je jak zdobniczy poligon. Sama nawet już nie wiem czego w tej robocie użyłam i chyba łatwiej byłoby wymienić czego nie użyłam. Dość powiedzieć, że są tam nawet farby do szkła, takie ze specjalnym efektem. No i szlagmetale. I alkohole. I pisaki. I stemple. I jakiś milionpięćsetstodziewięćset innych różności jeszcze, bo – jak powiedziałam – nie ograniczałam się w najmniejszym stopniu – sama ciekawa jak to się skończy, bawiąc się przy tym wyśmienicie.

Oczywiście żadnego planu zdobniczego nie miałam, bo nigdy nie mam, za to pole do działania ogromne.

Wiedziałam tylko, że chcę mieć kruka i od niego zaczęłam.

Na początku był czarny, jak to kruk, ale potem zaczął ewoluować, podobnie zresztą jak wszystko wokół niego, co mi absolutnie nie przeszkadzało…

No i wreszcie skończyłam! Popatrzyłam na to swoje dzieło, przymierzyłam do skrzyni, nawet fajnie wyglądało, tylko trochę kolorystyka mi się z bokami rozminęła, ale co to jest podmalować boki – pikuś! Piętnaście minut i gotowe. Już pasowało 🙂

Już-już miałam się zabrać za przykręcanie zawiasów, gdy zjawił się Nieletni.

– I jak?- spytałam nie wiadomo po co.

– Fajnie… a jak w środku?

– A w środku nijak – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, bo nawet jeszcze się za ten środek nie zabrałam.

– No to niefajnie – skwitował Nieletni i sobie poszedł.

No ma rację dziecie me, ma rację – pomyślałam kwaśno – środek też musi przecież wyglądać.

A, że byłam w ciągu, to i za robotę zabrałam się natychmiast.

Zaczęłam od wieka, ułożyłam je wygodnie na pracownianym stole, chwilę tylko poświęcając na wybór kolorystyki i wybór techniki i zabrałam się za robotę. Padło na drapankę w kolorach złoto-niebiesko-turkusowych, bo miałam jeszcze w pamięci nieodległy czasowo pewien decousabat, gdzie właśnie takie wprawki drapankowe ćwiczyłyśmy. Błysnęła mi co prawda myśl, że wnętrze z zewnętrzem jako te dwie różne bajki będą, ale nie zmartwiło mnie to ani ciut-ciut, bo: a) skrzynia moja osobista jest, b) nikt mi do niej zaglądać nie będzie, c) co komu do domu, jak dom nie jego, i w końcu d) kto bogatemu zabroni?

Prace przygotowawcze poszły błyskawicznie. Poczekałam, aż wszystko przeschnie i zabrałam się za drapanie. Drapałam, drapałam i drapałam – dziesięć dni, bo robiłam etapami. Ale w końcu wydrapałam! Dumna byłam niesłychanie, bo wyszło naprawdę fajnie.

I znów zjawił się Nieletni…

– O, super! – pochwalił sam z siebie – nawet lepiej niż to poprzednie, powinnaś dać  na wierzch.

– Serio? – spytałam niepewnie, bo takiej możliwości nie przewidywałam (chciałam kruka wszak), ale kontrolnie przymierzyłam wieko do skrzyni.

– Widzisz? Mówiłem, że lepiej! Daj na wierzch.

– Ale boki nie pasują…

– Rany! To przemaluj! – rzucił przez ramię i się ulotnił jak kamfora.

No, może faktycznie? – pomyślałam i przemalowałam te boki, w końcu to pikuś.

Teraz pasowało i rzeczywiście fajnie wyglądało. Skrzynia z brązowo-orangowo-srebrnej zmieniła się w złoto-turkusowo-niebieską. Podobała mi się. I nawet przebolałam kruka, który teraz miał sobie latać w środku.

A właśnie, ciekawe jak mu tam w tym środku? – zainteresowałam się nagle i kontrolnie uniosłam wieko…

Kruk był, a jakże, ale… ludzie, trzymajcie mnie!… latał do góry nogami. Trzy razy opuszczałam i unosiłam to wieko – za każdym razem był odwrotnie. Nie rozumiałam co widzę – jak to do góry nogami, skoro jak był wierzchem to latał normalnie? Przełożyłam go w położenie pierwotne – lata ok, jak Bozia przykazała. Uniosłam wieko… rany boskie – teraz literki na drapance stały na głowie…

Dobrą chwilę trwało zanim zrozumiałam co się stało. Otóż popełniłam błąd na samym początku robienia tych drapanek, jak jakiś nowicjusz, nieopierzony żółtodziób – nie sprawdziłam gdzie jest góra, a gdzie dół wieka… Nie byłoby problemu, gdyby wieko było przykręcone, albo gdybym była bardziej skupiona przy robocie, albo gdybym po wydrapaniu pierwszej kreski uniosła wieko znad stołu… Ech, wciąż jestem zirytowana swoją ignorancją…

A na dodatek musiałam zdecydować, co w końcu ma być do góry nogami w tym środku, bo o jakichkolwiek poprawkach mowy nie było, mogłabym co prawda zrobić nowe wieko, ale straciłam do niego serce. A tu i kruk latający do góry nogami wyglądał słabo, i literki też słabo, ale jednak kruk słabiej… No więc kruk znów awansował na wierzch. I znów nie pasowały boki. Przemalowałam, bo to pikuś przecież, jednak tym razem już na bardziej srebrno 🙁 A potem szybko przykręciłam zawiasy, żeby się nie rozmyślić znowu i nie zmienić na literki poświęcając kruka.

I teraz mam starą wojskową skrzynię podróżną na preparaty z krukiem na wierzchu, co czarny już nie jest i literkami stojącymi na głowie w środku…

A potem zrobiłam jej zdjęcia, choć bardzo trudno było mi pokazać ją w całości.

Ale środka nie pokażę za nic! Nawet gdyby mnie wzięto na tortury!

 

 

 

SREBRNY PÓŁMISEK, JAK ZE SZLACHECKIEGO DWORKU…

 

 

 

 

Rzadko zdarza mi się powiedzieć, że jestem zadowolona ze swojej pracy, tak do końca zadowolona. 

Zazwyczaj zaraz po jej skończeniu już bym coś zmieniła, lub poprawiła, albo zrobiła od nowa, zupełnie inaczej.

A tym razem  podoba mi się takie, jakie się zrobiło 😉 Bez najmniejszej chęci poprawy.

 

 

To był zwykły, metalowy półmisek, taki, jakich dużo spotykało się w minionej, peerelowskiej epoce.

Udawał plater.

Dostałam go do przerobienia ze słowami – zrób taki – wiesz –  stary, i w srebrze niech będzie.

Lubię srebro, stare w szczególności, więc zbytnio nie marudząc i się nie ociągając zabrałam go do pracowni.

Na początek dostał nóżki, co zdecydowanie poprawiło jego wygląd.

A potem to już było tylko szaleństwo srebrzenia.

I patynowania.

I znowu srebrzenia.

I patynowania…

Wykorzystałam wszystko srebrne, co tylko miałam w pracowni – szlagaluminium w różnych grubościach i w różnym połysku, srebrne lakiery, płynny metal, pasty pozłotnicze, srebrną mikę. Pewnie coś tam jeszcze się przewinęło z tego srebra, czego zwyczajnie nie zarejestrowałam.

Do tego patyny w różnych nasyceniach czerni, antracytu i szarości, i odrobina brązów.

I wielokrotne wypalanie. A potem polerowanie…

To była długa i dość żmudna praca, ale się opłaciło – jestem zadowolona 🙂

Powstał „stary, srebrny” półmisek, na którym mijający czas odcisnął swoje piętno, z takich, jakie lubię najbardziej – ze „swoją historią”.

I nic to, że  historia  udawana… Wystarczy tylko odrobinę uruchomić wyobraźnię i bajka zaczyna opowiadać się sama.

Mogłaby się zacząć  choćby tak:

„Dawno temu, gdzieś pod koniec XIX w., w pewnym starym szlacheckim dworku na dalekim Wołyniu, przycupniętym malowniczo pomiędzy polami pszenicy i prastarą dębiną,  gdzieniegdzie  przetykaną kępami buczyny, a błyskającym szmaragdową wodą Bugiem, leniwie toczącym swe wody uroczymi zakolami, meandrującym od wieków wśród złotych pól i mrocznych lasów, pewna młoda, wiejska dziewczyna zabrała się właśnie za czyszczenie rodowych sreber.  Wyniosła wszystko na ogromnej tacy przed dom, żeby mieć lepsze światło. W garnuszku miała miałki, specjalnie przesiany popiół  i miękką, lekko wilgotną szmatkę, przeznaczoną tylko do tego celu.

Była bardzo przejęta, bo po raz pierwszy wyznaczono jej tak odpowiedzialne zadanie. Dobrze wiedziała, że od tego, jak wykona pracę, zależy jej przyszłość – albo wróci do kuchni i jak do tej pory będzie tylko pomocą kuchenną, popychadłem i nikomu nieznaną kuchtą, albo zostanie dziewczyną od sreber… A ona za nic nie chciała wracać do kuchni i ze wszystkich sił chciała być dziewczyną od sreber. Musi wyjść zwycięsko z tej próby. Musi! Już oczyma duszy widziała, jak się matula  ucieszy i jaka będzie z niej dumna. I jaka ona sama stanie się ważna. Nie każdy przecież może dostąpić takiego zaszczytu. Zresztą od dawna pracowała na tę chwilę. Była ambitna, pojętna i pracowita. I wreszcie dostała tę szansę. Za nic jej nie zaprzepaści! 

Spojrzała na piętrzący się przed nią stos sreber chwilę zastanawiając się od czego zacząć. A potem pomalutku wyjęła ze spodu spory półmisek z małymi, kutymi nóżkami. Był zaskakująco delikatny. Wiedziała, że to ten sam, który Pani przywiozła rok temu ze swojej podróży po Europie,  z której wróciła taka odmieniona, niby radosna jak dawniej, a jakby czegoś smutna.  Dziewczyna sama widziała nie raz, jak Pani siedzi przy oknie zamyślona, nieobecna, patrząc tęsknie w kierunku rzeki. To ten sam półmisek, który Pani tak lubiła, i  który stał zawsze na jej nocnym stoliku. Pani kładła na nim listy przewiązane karminową wstążką i zabierała go ze sobą w każdą podróż. Zupełnie jakby ten kawałek srebra miał dla niej jakąś niezwykłą wartość…”

 

GDY KOBIETA SIĘ NUDZI…

 

 

 

 

 

 

… to przychodzą jej do głowy durne pomysły – syknęła Szara patrząc skosem na to, co właśnie skończyłam i co spokojnie leżało sobie na pracownianym stole.

Zignorowałam.

– Z akcentem na durne! – syknęła głośniej.

Zignorowałam.

– Bar-dzo dur-ne, dur-no-wa-to dur-ne, naj-dur-no-wa-ciej-sze!!!! – wrzasnęła wściekle tupiąc nóżką do taktu, aż się echo po całym czerepie rozniosło , bo ona najbardziej na świecie nie lubi być ignorowana – ciebie na chwilę nie można spuścić z oka, bo zaraz idioctwa popełniasz!

– Ale, że co?… Nie podoba ci się? Tak nic a nic?  – mruknęłam ugodowo, głosem, jakim zwraca się do obłożnie chorych, albo do niebezpiecznych wariatów – Ani ciuteczkę chociaż?

– Ani ciuteczkę, ani nic a nic, ani mniej niż zero nawet!!!! Bo, że co to niby ma być???

– Noooo… to się nazywa layout – szepnęłam, sama nagle niepewna, czy wiem o czym mówię.

– Jaki layout, co za layout, po co layout? – nie dawała za wygraną – czy ty nie masz co robić? Nie masz? Zobacz ile tu różnych nie zrobionych czeka! Widzisz to? Widzisz?! A ty co? BAWISZ SIĘ??!!

– No fakt, dużo czeka – zerknęłam w koło, nagle z wyrzutami sumienia, bo Szara, zołza jedna, miała rację, dużo czeka i o zmiłowanie prosi, a ja się bawię i nie ma co owijać w bawełnę zwyczajnie opindalam jak dziecko, ignorując robotę – ale ja chciałam tylko spróbować…

– Tylko po co, skoro nie umiesz?

– No właśnie po to, żeby się naumieć – uśmiechnęłam się uśmiechem p.t. „jestem taka mala” robiąc przy tym maślane oczy jak ta słodka idiotka, co to niby  boi się sama spać, żeby zołzę zmiękczyć i przychylniej nastawić – no bo jak mam się naumieć bez zrobienia? Zresztą już zrobiłam…

– Otóż to, zrobiłaś. A nie musiałabyś, gdybyś mnie zapytała o zdanie! Zaraz bym ci przecież powiedziała, że szkoda czasu bo i tak nie umiesz, a w dodatku nie lubisz scrapu! – Szara wymownie wzruszyła ramionkami i wywróciła widowiskowo oczkami – Po to mnie masz żebym ci takie rzeczy u-zmys-ła-wia-ła, co nie?

– No tak, ale…

– Jakie ale, po co ale, żadne ale! – wpadła mi w słowo – Koniec z tym! Zresztą… – nagle zmieniła front – jak już koniecznie chcesz… hmmm… odpocząć… to nie wymyślaj jakichś durnowatych projektów, tylko jedź do Siemian. Albo chociaż zwyczajnie idź na spacer. Ja to nawet sama chętnie z tobą pójdę, bo  już nie mam do ciebie sił kobieto, no sorry cię bardzo, ale wykańczasz mnie, jak rany… Poza tym każda szara komóreczka, nawet taka jedynaczka jak ja, a nawet szczególnie jedynaczka! potrzebuje chwili dla siebie, co nie? A ja nie mogę, jak widać – tu machnęła rączką w stronę stołu – nawet na minutkę cię zostawić samej bez  nadzoru, bo zaraz są konsekwencje. Wystarczyło, że na chwilę straciłam czujność i co? I już narobiłaś bigosu, że hej!… No trudno, stało się i się nie odstanie. Ale żeby mi to było ostatni raz! Ka-pe-wu? No!

To co, idziemy na ten spacer?

 

 

JESIENNA IMPRESJA….

Jesień.
Dla mnie najpiękniejsza ze wszystkich pór roku.
Działa na wszystkie moje zmysły.
Wyzwala we mnie pokłady spokoju, zadumy, refleksji,  o jakie bym się nawet nie podejrzewała.
Czaruje barwami, rozczula mgłą, gra deszczem i szumi wiatrem.
Czekam na nią cały rok, dużo wcześniej sprawdzam czy liście wciąż jeszcze zielone, czy może ta pierwsza czerwona plamka na którymś to może już? A może te brylantowe krople nanizane na pajęczą sieć są znakiem, że przyszła? Albo pierwszy zielony dym w ogrodzie jest jej zwiastunem?
Ale dopiero gdy zobaczę karminowe korale na jarzębinie, gdy znajdę pierwszego, brązowego i aksamitnego kasztana, gdy o poranku i wieczorem widzę ogród ubrany w zwiewne mgły –  wiem na pewno – już jest!
Jesień.
Pora wyciszenia i spokoju.
Pora, gdy znów w kominie mieszka dym.
Pora miliona barw.
I śliwkowych powideł.
I herbaty pachnącej pomarańczą.
I skaczącego po brzozowych polanach, wesołego ognia.

I płaczących deszczem szyb.

To jest właśnie jesień. Moja jesień.

W tym roku powitałam ją herbaciarką – delikatną, w kolorze perłowej, październikowej mgły gdzieniegdzie przetykanej jasnymi promieniami chłodnego słońca i błyskającej lazurem jesiennego nieba.

Prawie czuję, jak z jej wnętrza wydobywa się zapach mojej ulubionej herbaty z pomarańczą…

 

Nazwałam tę skrzynkę Jesienną Impresją – prawda, że się z jesienią kojarzy ?

Więcej o sposobie jej zrobienia i mediach, których użyłam znajdziecie na blogu ZieloneKoty.

WAŻKA O KRYSZTAŁOWYCH SKRZYDŁACH…

 

 

 

A w kryształkach, tych maleńkich, niepozornych kryształkach uwięzionych w jej skrzydełkach, przegląda się tęcza.

I poranna rosa.

I promienie słońca, takie bursztynowe, w kolorze zachodu.

Jest tu nocne światło księżyca.

I okruchy gwiazd skradzionych granatowemu niebu.

Jest delikatny fiolet obłoków rozwieszanych tuż nad horyzontem przez zaspaną Jutrzenkę.

I opalizująca zieleń leśnego stawu, w którym kąpią się Driady w upalny, letni dzień…

Jest czerwień maków rosnących przy polnej drodze i ochra spalonej słońcem ziemi, i złoto pszenicy zebranej w snop.

A one same mienią się, błyskają i strzelają milionem diamentowych iskier jak tylko boski Helios zechce na nie spojrzeć.

 

Jak u prawdziwej ważki 🙂

 

 

Kryształki są jak najbardziej prawdziwe, wykrystalizowane dzięki siarczanowi magnezu zmieszanego z farbami i mikami, dzięki bursztynowemu lakierowi, w którym zostały zatopione i żywicy, która je utwardziła.

I tylko zdjęcia są niedoskonałe, bo robione ręką śmiertelnika, a boską powinny, żeby całą tę grę światła i barw pokazać.

 

 

 

Fant

– Mami?
– Tak?
– Fanta potrzebuję – rzekł wczoraj Nieletni po powrocie ze szkoły głosem beznamiętnym – loterię mamy.
– No i w związku z tym – cóż?
– No i w związku z tym – masz „cuś”?
– Na kiedy?
– Na jutro. Masz?
– Na jutro? Nie mam.
– Ale maaamooo… Na pewno masz…
– Nie mam. Mogę mieć. Ale nie na jutro. Na jutro się nie da.
– Ale ja mam przynieść – zmartwiło się dziecię – nie przyniosę i będzie kicha, a ja się tak będę martwił, martwił… i martwił, i z tego martwienia nie zdam testów. O, ja nieszczęsny, cóż ja teraz pocznę? Do jakiej szkoły twoje dziecię pójdzie, jak tych testów nie zda? Mam ulice zamiatać? Tego chcesz???!!!…

No, fakt – pomyślałam sobie – będzie się martwił, martwił… i martwił… I nie zda! I wymarzona szkoła pójdzie się bujać, i faktycznie tylko te ulice pozostaną.

No i jakąż że ja matką okażę się?? Wyrodną.

No przecież nie mogę  łamać dziecięciu swemu młodemu kariery i świetlanej przyszłości przez jakiś głupi brak fanta.

No nie godzi się.

Absolutnie.

No to zrobiłam.
Fanta.
Na loterię.
Dla spokoju sumienia swego.

Na moje szczęście noce jeszcze długie są.
Zdążyłam.

Rano tylko zdjęcia pstryknęłam, zapakowałam i do szkoły w rękach Nieletniego wyprawiłam.
Teraz  się modlę, żeby pomogło.
W tych testach.
A testy we wtorek…

BO Z PATERAMI TO JEST FEST…

 

 

 

– Bo z paterami to jest fajno, oj fajno jest,
czy słońce świeci, czy też nawet gdy pada deszcz,
bo można maznąć sobie tu i tam,
i znowu tu, i znowu tam…

Szara darła się wniebogłosy, udając, że śpiewa, niemiłosiernie fałszując i przytupując sobie do taktu obu nóżkami, aż się echo niosło po czerepie całym i przyległościach, i to odkąd  tylko zobaczyłyśmy tę paterę wśród miliona rupieci na jakimś zapyziałym stoisku, pewnej zimowej niedzieli w Starej Rzeźni, czyli od jakiś jedenastu minut i szesnastu sekund, zupełnie nie dając mi się skupić.
– Zamknij się na chwilę, jak rany – warknęłam pod nosem – pomyśleć muszę.
– Co musisz?? Pomyśleć?? Dobre :)… bo z paterami to jest fajno.. – chyba zobaczyć czy ci bejmów starczy? No to se zobacz… oj fajno jest
– Żadne czy „starczy”… zresztą  nie mówi się czy „starczy”, a czy „wystarczy”, starczy to jest uwiąd… muszę pomyśleć czy ją brać – mruknęłam, przyglądając się paterze.
– Że co proszę? – Szara ze zdziwienia aż otworzyła otwór gębowy na całą szerokość i zapomniała dośpiewać do końca, nawet zaprzestała tupania, darując mi całe dwie sekundy boskiej ciszy – że niby co?? Ty nie myśl, bo to nie jest twoja najmocniejsza strona, ja tu jestem od myślenia, ty jesteś od płacenia. Bierz!
– Ale ty tylko zobacz… ona jest straszna – próbowałam nieśmiało negocjować – brzydka jak kupa i do niczego niepodobna, i pomazana jakąś nibychromową farbą jak do kołpaków, i brudna, i… no rzygrey to jest, a nie patera.
– A metalowa jest?
– Jest – potwierdziłam zgodnie z prawdą, bo ja prawdomówna bywam.
– A da się coś z niej zrobić sensownego?
– Bladozielonego pojęcia nie mam – odparłam, znów zresztą zgodnie z prawdą.
– No widzisz! bo można maznąć sobie tu i… – Bierz! …lalala tam… – najwyraźniej Szara zdołała już pokonać szok wywołany moją próbą samodzielnego myślenia i podjęła koncert ze zdwojoną siłą – i znowu tu, tralalala
– A może pooglądamy sobie jeszcze coś…
– O rany! Mało razy brałaś gorsze graty? I było dobrze? No przecież ty lubisz gemele. Bierz i nie marudź, bo widziałam jeszcze taki kloszyk, co by pasował do tej patery.
– Ale…
– Nie nudź kobieto, no ja cię nie poznaję jak boni dyni, jak stara baba jęczysz i mędzisz, a i tak wiadomo, że weźmiesz, no to już, bo czasu nie ma, a kloszyk czeka.
– No dobra, ale jak się nie da z nią nic zrobić, to ci ją do czerepu wstawię i metraż ci się drastycznie zmniejszy – ostrzegłam jeszcze Szarą, zupełnie nie wiedzieć po co, bo wiadomo przecież, że nie wstawię.

W końcu kupiłyśmy tę paterę i szczerze muszę przyznać, że naprawdę była okropna, tyle, że miała fajny kształt, dookoła dość ciekawy ażur i była metalowa, za to szata na niej była jakaś taka staro-matowo-aluminiowa, z ciemnymi przebarwieniami, zaraz mi się skojarzyło ze starymi łyżkami aluminiowymi, albo felgami samochodowymi malowanymi chałupniczo.
Kloszyk też kupiłyśmy w miodnokałkałkowym kolorku, takim bardziej rozwolnienieniowym nawet powiedziałabym, kolejny raz zgodnie z prawdą (muszę się zacząć pilnować, bo mi jeszcze ta prawdomówność w krew wejdzie…).
Ale za to szklany był i pasujący gabarytowo.

Pomyślałam, nawet, że jak polakieruję tę paterę na złoto, to będą do się pasowały wyśmienicie.
Polakierowałam i nie pasowały, co potwierdza tylko, że nie powinnam rzucać się na głęboką wodę z tym samodzielnym myśleniem.
No to przestałam myśleć z ulgą wielką, wyciągnęłam na warsztat co tam fabryka miała, i odpłynęłam sobie spokojne w światy równoległe 🙂 Lubię bywać w światach równoległych.

Gdy wróciłam do żywych, na stole stała patera – srebrna, delikatnie postarzona i spatynowana (no pewnie, że turkusem), dźwigająca na sobie klosz – też srebrny, delikatnie postarzony, z efektem Mercury Glass 🙂
Wystarczyło już tylko ją wypalić, bo z założenia użytkowa ma być, i voila – oto jest – moja stara nowa srebrna patera.

Ciekawe czy choć raz w życiu uda mi się zrobić i zamieścić jedno zdjęcie… albo jakieś dwa… no dobra – żeby chociaż tylko dziesięć… 🙁

OBYWATEL CE DRUGI Z JAJAMI…

Miałam ci ja kiedyś przyjaciela.

Dawno to było, bo od tego czasu minęło niepostrzeżenie już parę lat.

Na imię miał Obywatel Ce.

Fajnie nam było razem, niestety do czasu, bo kiedyś, na skutek nieszczęśliwych splotów okoliczności, zniknął pewnego czarnego dnia z mojego życia bezpowrotnie.

Odżałować go nie mogłam, w rozpaczy  pogrążyłam się bezdennej,  wspominałam go bezustannie,  wreszcie napisałam  coś na kształt epitafium, by zamknąć ten rozdział w swoim życiu.

Brzmiało to mniej-więcej tak (tekst napisany w okresie żałoby):

__________________________________________________________________________________

No i rzucił mnie!

Mój kochany, najdroższy, jedyny…

Moja wielka miłość!!

Po latach spędzonych razem w szczęśliwym związku.

Był mi zawsze wierny,  choć o mnie nie można powiedzieć tego samego… Zdarzały mi się zdrady, jakieś przelotne fascynacje, zauroczenia…

Ale przecież zawsze do Niego wracałam!  A On zawsze wspaniałomyślnie mi wybaczał. Wydaliśmy wspólnie na świat setki ( ba, tysiące!) cudownych, wspaniałych dzieci.. Wciąż pod powiekami mam Jego obraz – te doskonałe kształty, te zgrabne krągłości, w sam raz pasujące do mej dłoni, to domagające się wciąż nowych pieszczot,  wysuwające się, okrągłe „coś”…

Kochałam Go!

Rozumieliśmy się bez słów, często wiedział co ja myślę zanim jeszcze zdołałam sama o tym pomyśleć. Byliśmy razem na wielu romantycznych randkach, pokazał mi wiele cudownych miejsc, uczył mnie zachwytów nad zachodami słońca. To On bezbłędnie kierował moją ręką, by potem wyszła z tego rozkosz dla oczu…

A teraz jestem sama…

Ciągle nie mogę się otrząsnąć z szoku. Jak On mógł?? Przecież mnie kochał, czułam to!  Wiem, to moja wina! Znowu Go zdradziłam.

Dzieci Letnie* chciały zabrać Go ze sobą na wyprawę do Turcji, On nie chciał jechać, nawet się schował przebiegle za kanapą, ale ja się zawzięłam, znalazłam i kazałam być posłusznym.

Pojechał i  nie wrócił!!

Dzieci coś tam pokrętnie tłumaczyły… że one się nie spodziewały… że taki stary(!)… i  że same były zaskoczone, bo już pierwszego dnia ktoś Go ukradł…

Ale  ja i tak wiem, że to On nie potrafił mi wybaczyć kolejnej zdrady!

Ja…. ja, która zawsze byłam zazdrosna o jego wdzięki, która nie mogłam ścierpieć, kiedy ktoś obcy miłośnie Go dotykał – ja  sama wepchnęłam Go w te ręce obce.

W końcu wybrał więc wolność, pozostawiając mnie w bólu.

Mój dobry mąż widząc mą rozpacz szybko znalazł mi pocieszycielkę. To aparatka. Jest młoda, dobrze ubrana, zgrabna, wykształcona, zna wiele sztuczek… Ma na imię SONKA… cóż, dość  pretensjonalnie… Gdzież jej do mojego cudownego, przystojnego CANONA??!

Zresztą ja jestem zdecydowanie hetero, nie homo, w jaki więc sposób mogłabym stworzyć z nią udany związek??!

Poza tym ona jest czarna

I taka wyniosła…

Nie, żebym była rasistką…

Ale czarna kobieta nie odzywa się do białej kobiety!
Ja, co prawda, nie mam czystego sumienia.
Wiem, że ona wie, że to ja deklamowałam z lubością wielką: „Murzynek Bambo w Afryce mieszka, brudny i durny ten nasz koleżka”.

Na pewno wie też, kto zaczytywał się „Przeminęło z wiatrem”, ale za nic nie chciał czytać  „Chaty wuja Toma”.

– No kto? Ja!

I komu było bliżej do Scarlett  w zielonej sukience i cudnym kapeluszu, a lata świetlne do Mammy?

– No komu? Mnie!

I kto w liceum chciał mieć czarnego Kunta Kinte do noszenia torby i otwierania drzwi do klasy?
– Tak, tak… ja!…
I kto marzył o czarnej, grubej niani dla moich dzieci, żebym mogła spokojnie zająć się barwnymi rzeczami tego świata?
– Nooo  właaśnie…

Cóż…  ostatecznie mogę ją podziwiać.

Ale, na Zeusa Gromowładnego! – przecież nie kochać!!

Zresztą i zwykłą przyjaźń z nią czarno widzę…

 

* Dzieci Letnie – zwane w rodzinie Letnimi,  w odróżnieniu od Nieletniego.

________________________________________________________

 

Przeżyłam z aparatką w trudnym związku następne parę lat. Ale nie pokochałyśmy się nigdy.

Szybko zresztą dorobiła się drugiego imienia – Czarna Małpa. Była złośliwa i nieprzewidywalna.

A ostatnio zwyczajnie się zbiesiła i już nawet nie chciała ostrzyć, że o kłamliwych kolorach  nie wspomnę.

Zwyczajnie znielubiłam ją jeszcze bardziej (nie wiem czy to jeszcze bardziej ma sens, bo chyba ani jeszcze, ani bardziej już się nie da).

Nie chciałam już z nią być. Chciałam rozwodu.

I stało się 🙂

Pewnego pięknego dnia, znaczy wczoraj, zawitał w me progi Obywatel Ce Drugi, późny wnuk Obywatela Ce, zwany pieszczotliwie OCDusiem.

Jest czarny! Jakiż to piękny kolor  🙂

Jest silny. I duży.

Elegancki, przystojny i baaaardzo męski!

Zakochałam się w nim bez pamięci od pierwszego wejrzenia.

Już wtedy, gdy go delikatnie wyjmowałam z pudła,  serce mi trzepotało i w brzuchu miałam najprawdziwsze motyle.

Cudny, cudny, cudny!

Jeszcze się dobrze nie znamy, jeszcze się uczymy swoich ciał, jeszcze mi nie powiedział co umie i potrafi, ale już wiem, że pasujemy do siebie jak dwie połówki jabłka, że jednak związek damsko-męski to jest to, co wiedźmy lubią najbardziej.

No i to duże okrągłe z przodu, tak doskonale leżące w mej dłoni…

Kocham go! 🙂

 

Na pierwszy wspólny ogień wybraliśmy sobie jaja.

Tak na dobrą wróżbę, żeby nam się  same udane dzieci rodziły…

Wiem, wiem,  te zdjęcia jeszcze nie są doskonałe, jeszcze im trochę brakuje, ale to nie jest wina OCD, to ja jestem winna.

Ja.

 

 

MAPY, LATANIE I PTAK.

 

Lubię patrzeć z góry.
Jakkolwiek dwuznacznie to zabrzmiało – lubię.
To bardzo przyjemna czynność.
Różnie można patrzeć.
Tak trochę z przypadku, leniwie i bez większego zaangażowania, tak człowieczo – z okna, balkonu, tarasu widokowego, albo z dachu. Nawet z Fernsehturm na Aleksanderplatz.
Można też tak hardcorowo  – z urwiska, z lotni, samolotu, wiszącego mostu gdzieś w Andach.. Albo z balonu.
Można też tak już całkiem, całkiem z góry, z perspektywy nieba – patrzeć na mapy.

Tak człowieczo – z okna, balkonu czy tarasu – patrzą wszyscy. Ja też. Czasem.
Z urwiska, lotni, mostu czy balonu – patrzą wybrańcy. Ja nie. Nigdy.
Choć kiedyś miałam okazję polecieć balonem.
Nie skorzystałam. Nie żałuję.
Z samolotu patrzą niektórzy. Ja… hmmm… trudno powiedzieć, że patrzę, ja zerkam.

Otóż w samolocie jestem zwykle niebywale zajęta. Głównie baniem się. Choć zdecydowanie wolę bać się na miejscu przy oknie, bo jednak… gdyby… nie daj Boże… ten samolot miał spaść… to ja koniecznie chciałabym to widzieć.
Najlepszy ma lęk wysokości, nie muszę z nim o to miejsce walczyć, a Nieletni nigdy nie wykazywał chęci patrzenia (on używa samolotu jedynie do spania, poza oczywiście przemieszczaniem się – śpi przemieszczając się, albo przemieszcza się śpiąc). Mam więc to miejsce przypisane do siebie niejako z urzędu, odgórnie i na zawsze w każdej podróży. Zerkam więc sobie jednym okiem co widać, jednym, żeby sobie nie przeszkadzać w tym baniu. Chyba, że jest coś nieziemsko pięknego – chmury, słońce, ośnieżone wierzchołki gór, połyskujące daleko w dole morze, rozświetlone nocą maleńkie miasta, rozrzucone w niezmierzonym błękicie wód tycie wysepki, albo pioruny bijące w skrzydło… no, wtedy to co innego, wtedy zapominam o strachu i patrzę, patrzę, patrzę… bez opamiętania.
Potem oczywiście boję się podwójnie, bo przecież przez chwilę nie bałam się wcale i muszę nadrobić… Bilans, wiadomo, musi wyjść na zero.

Za to mapom przyglądam się od zawsze.
Pewnie to zamiłowanie do ich oglądania wyssałam z mlekiem ojca.
Mój ojciec, geograf, zawsze powtarzał, że wykarmił mnie własną piersią.
I choć nigdy jakoś nie sprecyzował tego karmienia, mimo, że usilnie domagałam się wyjaśnień w tej niezwykle intrygującej mnie kwestii, to chyba innej możliwości jednak nie ma – mapy zaaplikowano mi w mleku ojca.
Ale w moim wewnętrznym jestestwie kołacze się też zamiłowanie do wszelkich działań z szeroko pojętej dziedziny sztuk plastycznych, a to już na pewno nie po ojcu, a po mamie… Mam więc silne podejrzenie, graniczące niemal z pewnością, że musieli mnie chyba karmić na zmianę, bo niby skąd to u mnie?
Niemniej jednak fakt map pozostaje faktem – przyglądam się im zawsze i z ogromną przyjemnością.
Wszystkim.
Patrzę sobie na nie z okazji okazji (np. jakichś podróży małych i dużych) i bez żadnej okazji też, z czystej przyjemności przyglądania się. Mogę tak godzinami.

Ale kiedyś…
Kiedyś dane mi było doznać zupełnie innego, wręcz metafizycznego widzenia…
Kiedyś miałam okazję spojrzeć na świat z innej, nieznanej, nawet nie przeczuwanej, ptasiej perspektywy…
Zdarzyło się parę lat temu.
Jechałam kolejką górską, wysoko, wysoko… na Jaworzynę Krynicką.
Było upalne, letnie popołudnie, trasa wiodła wąską przecinką, między dwoma zalesionymi zboczami, stojącymi tuż obok siebie, bliziusieńko,
okna kolejki były otwarte…
pomyślałam wtedy, że gdybym wyciągnęła ręce to bez problemu dotknęłabym ich obu.
Nagle, zupełnie niespodziewanie, bez żadnego ostrzeżenia, kolejka stanęła, lekko się zakołysała i znieruchomiała.
Była jak zawieszona w próżni – bez styczności z ziemią, bez styczności z niebem…
Nim zdążyłam się przestraszyć – spojrzałam w bok i tuż obok siebie zobaczyłam gałęzie rosnącego drzewa, odurzyło mnie przesycone zapachem igliwia i żywicy, rozedrgane od ptasich treli i gęste od skwaru, powietrze.
Było zielone jak to drzewo, poprzecinane słonecznymi smugami.
Znalazłam się w zupełnie innym świecie.

Do tamtej pory myślałam, że drzewa rosną po to, by na nie patrzeć z dołu, by zadzierając głowę i przysłaniając ręką oczy od światła lejącego się z nieba, oglądać sączące się przez koronę promienie, poruszane wiatrem liście…
I nagle wtedy, w tamtej magicznej chwili, zrozumiałam, że to jest tylko myślenie ludzi, że ptaki myślą inaczej…

I ja się właśnie wtedy poczułam jak ptak – jakbym sobie na chwilkę przysiadła na jednej gałęzi, złożyła skrzydła, by przyjrzeć się tej drugiej z bliska i spokojnie, bez pośpiechu, mogła policzyć szmaragdowe igły… i za chwilkę miała lecieć dalej, na inne drzewo, na inną gałąź, innym igłom się przyglądać…
I przez jedno mgnienie byłam wolna.
Jak ptak.

NIEWIELE TAK…

 

 

 

 

 

 

Niewiele mi do szczęścia brak

gdy jesień już,

zielony dym, upadły liść,

herbata, rum…

 i jeszcze tak 

dojrzały sad

i żeby w górze ptak.

 

 

 

Niewiele mi do szczęścia brak

gdy jesień jest,

z grzybami kosz

i siwa mgła, i pies…

 i jeszcze tak

jeziora blask,

i żeby iść przez las.

 

 

 

Niewiele mi do szczęścia brak

gdy jesień trwa,

kasztanów stos

parasol, deszcz, i ja…

 i jeszcze tak

stubarwny wiatr

i żeby stanął czas…

 

Smochowice, 2014

 

Translate »