Zatrzymane w kadrze

now browsing by category

 

BUDAPESZT I NOC…

 

 

 

 

 

Moje pierwsze z nim spotkanie – krótkie, pracowite i owocne – zapisane nocą, bo tylko nocą był czas na zwiedzanie i utrwalenie w kadrze widoków (nieziemskich!).

W czasie pomiędzy nocą a nocą było craftowo i inspirująco.

W Pentacolor…

i w Stamperii…

 

i aż dziw, że udało mi się zrobić trzy (!) zdjęcia dziennego Budapesztu. Chyba tylko dlatego, że miałam pod ręką OC drugiego…

Jednak wszystko na tym świecie ma swój kres niestety…

i nawet wino w butelce kiedyś się kończy.

Ale wrócę tam!

NIEWIELE TAK…

 

 

 

 

 

 

Niewiele mi do szczęścia brak

gdy jesień już,

zielony dym, upadły liść,

herbata, rum…

 i jeszcze tak 

dojrzały sad

i żeby w górze ptak.

 

 

 

Niewiele mi do szczęścia brak

gdy jesień jest,

z grzybami kosz

i siwa mgła, i pies…

 i jeszcze tak

jeziora blask,

i żeby iść przez las.

 

 

 

Niewiele mi do szczęścia brak

gdy jesień trwa,

kasztanów stos

parasol, deszcz, i ja…

 i jeszcze tak

stubarwny wiatr

i żeby stanął czas…

 

Smochowice, 2014

 

BO NA TARASIE FAJNIE JEST…

 

 

 

 

… wszyscy wiedzą, że fajnie, Ameryki nie odkryłam, ale co tam – fajnie jest mówić, że na tarasie fajnie jest. Bo jest  😉 .

A sezon tarasowy właśnie  zaczął  się był 😉  na dobre.

W tym roku jakoś tak wyjątkowo wcześnie i znienacka, zupełnie nie przejmując się kalendarzem, no bo kto to widział, albo słyszał, żeby w kwietniu (w kwietniu!!) wychodzić rankiem z kawą na łono przyrody (no dobra, na łono ono aż nie, zatrzymuję się jednak w przestrzeni tarasowej, ale zawsze! W KWIETNIU!!!) i to z własnej, nieprzymuszonej woli, i bez obrzydzenia, i bez wstrząsania jestestwem swym  jakimś dreszczem z zimna powstałym? Nikt! Przynajmniej wśród  współczesnych mi jednostek człekokształtnych nikt! Przeprowadziłam na tę okoliczność ankietę w celach naukowych i wyniki są jednoznaczne – owszem, zdarzały się takie, które próbowały, ale to osobniki z zacięciem masochistycznym albo inną dewiacją dotknięte, siedziały owe  pookręcane pledami, zazwyczaj w kratę, na podobieństwo mumii, w szalikach na szyjkach wciśniętych w ramionka,  w czapach na czerepach, zgrabiałymi rękoma w mitenkach uczepione kubków i tę kawę piły, znaczy próbowały pić, bo dygot w kadłubach im – prostą skądinąd – czynność skutecznie uniemożliwiał, ale po pierwsze nie rankami, po drugie w ramach pokuty, po trzecie zmuszane przez współpobratymców za karę – a to się nie liczy.

A tu proszę! Ja.

Sama.

W dezabilu.

Rano.

Z kawą.

Bez obrzydzenia.

Noooo…anomalia jak byk,  najstarsi górale nawet……

A to fakt jest.

Czym prędzej więc o nim piszę, żeby dowód dla potomnych mieć. I żeby późnym wnukom w oczy kłuć móc, że kiedyś, to ho-ho…  były czasy, że tarasowy się i w kwietniu zaczynał…

A jak już się ów zaczął, to i ciągnie mnie, niczym trojka sanie z Jędrusiem i Oleńką, co to ona ran niegodna mu całować, z mocą burzy w górach (byłam, przeżyłam, wiem co znaczy), z siłą Niagary (nie byłam, nie widziałam, ale sobie wyobrażam) 🙂 🙂 – nic, tylko bym ulepszała, przestawiała, upiększała co tylko się da i to co się nie da też. Potem mi przechodzi, ale na początku sezonu to siła znacząca. I nie ma, że robota rozbabrana, że terminy gonią, że dziecię nieletnie płacze (wróć! dziecię nieletnie buczy, aktualnie jak trzmiel majowy, bo mutacja wciąż jeszcze w toku), nie ma! – najpierw taras. Znaczy tak bym chciała…

Ale jednak ta robota rozbabrana, Inwestorka się delikatnie przypomina…  termin tuż-tuż… a ja obowiązkowa jestem jak na złość… więc żydowskim targiem sama z sobą się ułożyłam, że najpierw skończę co do skończenia, a potem się oddam w całości.

Tarasowi.

Bo obiecałam, bo Inwestorka lada dzień się zjawi, bo u mnie słowo droższe pieniędzy, bo… ech, ciężko było, ale grzecznie udałam się jednak do pracowni.

Zatraciłam się w tej robocie, oj, zatraciłam, ale wszystko po to  żeby szybciej skończyć, żeby już nic mi nie wisiało nad głową, żeby mieć wolne myśli i ręce, i ledwie dwie godziny minęły, a ja już miałam zrobioną – i to na tip-top!… piękną deskę tarasową… która cudnie mi do stołu tarasowego pasuje 🙄 . Przysięgam na moją, cudem odratowaną, magnolię, że wcale jej nie chciałam robić, znaczy chciałam, bo mi w takie jedno miejsce tarasowe pasuje jak ulał, ale nie teraz – najpierw to coś dla Inwestorki miało być, deska miała poczekać na potem, i tak przecież czekała ładnych parę lat, zagubiona gdzieś wśród sterty polan do kominka, na przemian to moknąc, to schnąc, to marznąc, aż się zrobiła cudnie stara, mogła jeszcze ten jeden dzień przecież też, tarasowi by nie ubyło. Ale nie – złośliwie się zrobiła.

W dodatku nie dosyć, że poza kolejką, to jeszcze tak, jak lubię – taka nie do końca oczywista, taka, że trochę trzeba się domyślać, taka w moich kolorach, taka mroczna, no…

I jeszcze bardziej złośliwie idealnie się wpasowała w to miejsce, co to miała w nim być…

No przecież nie wyrzucę małpy, bo moja posenowa dusza załkałaby się na amen. Moja posenowa dusza wyrzucać nie lubi…

Więc jak już jest, to ją postawiłam tam, gdzie było jej przeznaczone i teraz pijąc ranną kawę z ulubionego kubka sobie na nią ukradkiem spoziram i… podoba mi się  😉

 

A Iwestorka właśnie uprzejmie mnie zawiadomiła, że przyjedzie dopiero 05. maja…

ufff…. zdążę…

Mogę sobie nawet spokojnie pooglądać nowe cudne cuda, które Pani Zielonooka wyczarowała w ogrodzie…

 

 

 

 

 

Alleluja…

Hallelujah (klik)

 Tajemny akord kiedyś brzmiał
Pan cieszył się, gdy Dawid grał
Ale muzyki dziś tak nikt nie czuje
Kwarta i kwinta, tak to szło
Raz wyżej w dur, raz niżej w moll
Nieszczęsny król ułożył Alleluja
Na wiarę nic nie chciałeś brać
Lecz sprawił to księżyca blask
Że piękność jej na zawsze cię podbiła
Kuchenne krzesło tronem twym
Ostrzygła cię, już nie masz sił
I z gardła ci wydarła Alleluja
Dlaczego mi zarzucasz wciąż
Że nadaremno wzywam Go
Ja przecież nawet nie znam Go z imienia
Jest w każdym słowie światła błysk
Nieważne, czy usłyszysz dziś
Najświętsze, czy nieczyste Alleluja
Tak się starałem, ale cóż
Dotykam tylko, zamiast czuć
Lecz mówię prawdę, nie chcę was oszukać
I chociaż wszystko poszło źle
Przed Panem Pieśni stawię się
Na ustach mając tylko Alleluja 

                                                                                                                                                                        (tłumaczenie M. Zembaty)

 

                   

 

 

             Spokojnych i radosnych Świąt, Mili moi….

WIOSNA? WIOSNA!!

 

 

 

Prawdziwa.

Najprawdziwsza.

Przyszła, sypnęła czarodziejskim pyłem i obudziła ogród.

Gdziekolwiek spojrzeć, w którąkolwiek stronę zwrócić głowę – budzi się nowe ŻYCIE, takie właśnie, przez wielkie Żet…

Jeszcze niewiele kolorów, jeszcze nie czuć zapachów, ale wiadomo na pewno – Wiosna, Pani Zielonooka, już jest.

Dzisiaj milion zdjęć 😉 ale jak tu się oprzeć???

WRONA ZIMOWA

 

 

Siedzi wrona  na gałęzi i zrzędzi:

– czy- jak wrona – to musi zaraz, że czarna?

– czy – na szpaka! –  zawsze musi krakać?

– czy zamiast latać, nie mogłaby – dajmy na to – skakać??

 

Siedzi wrona na gałęzi i kracze:

– że głodno,

– że zimno,

– że biało,

– że chciałoby się, oj chciało….

 

Siedzi wrona na gałęzi,

nastroszona myśli smętnie,

że ma zimy dość na wskroś,

i że chętnie

lata by już zakosztować rada…

 

Ale tak się kiepsko składa,

że do lata, moi mili –

157 dni… i..

nocy (! 😉 )   oczywiście też!!  

 

Posen, 2014. 17. stycznia

 

 

PATERA JAK KORALOWA RAFA…

 

 

 

 

… a właściwie jak moje o niej, rafie, wyobrażenie, bo nie dane mi było w naturze zobaczyć (i pewnie dane nie będzie, bo to nurkować by trzeba, a na nurkowanie to żadna siła namówić mnie nie zdoła…).

Rafa wyszła jakoś tak sama z siebie. Choć być może, że jakiś wpływ na to miało moje pierwsze skojarzenie, które pojawiło się nie wiadomo skąd i jak, gdy  zobaczyłam tę paterę? Pomyślałam wtedy, że wygląda jak wielka, prostokątna (!) płaszczka, pewnie za sprawą jej falujących boków…

Szczerze mówiąc wcale mi się nie podobała, taka ni w pięć, ni w jedenaście, ale innych w sklepie nie było, a ja musiałam mieć na już-teraz-zaraz, bo bardzo, ale to bardzo ciągnęło  mnie znów w stronę szkła (no, że lubię je robić to już wszyscy dobrze wiedzą, pewnie nawet i w ościennych galaktykach zdążyło się echem odbić, więc więcej na ten temat już mówić nie będę).

Dawno nic w tej materii nie zrobiłam, a był już najwyższy czas, bo jak patrzyłam na moje ukochane alkohole, to aż mnie ściskało z tęsknoty, bo miki się marnowały, bo chciało mi się orgii kolorów znów zakosztować, bo lubię w tym szkle działać i już.

Kupiłam więc tę paterę (bo innych nie było :)) i zrobiłam… Rafę Koralową, tak jakoś  te alkohole się lały, miki się sypały, złoto się kładło, kolory się mieszały, że wyszła właśnie Rafa.

Chyba… bo ja jej przecież nie widziałam…

I – jak to bywa w pracy z alkoholami i mikami – patera w każdym fragmencie swego szklanego ciała jest inna…

Patera, szkło, 345 x 180mm

wysokość 35mm,

wypalana

Kolorystyka – odcienie błękitu, granatu, zieleni, amarantu, złota, srebra i jeszcze paru innych 😉

 

 

 

 

Sikoreczki, panieneczki, podróżniczki dwie…

 

 

 

 

Dwie panienki, Sikoreczki-Żółtobrzuszki

lecieć chciały na Bahamy, ogrzać sobie nóżki. 

U nas zima, jeść co nie ma,

w piórka szczypie mróz…

A tam za to – słońce, lato,

gąsieniczek w bród!

 

Spakowały swoje torby w kratę,

(pożyczyły je od sójek, latem),

sprawiły sobie po czapce z pomponem,

po szaliku, po parze bucików,

do tego skarpety wełniane

i po kożuszku, podbitym baranem,

bo droga daleka, a tu mróz…

 

Wzięły nuty, żeby zaraz

u kanarków na Bahamach

lekcje śpiewu brać,

żeby w cudnym entourage,

romantycznie, na gitarach,

w ciepłe noce grać.

 

Nie ma czasu – trzeba gnać!

 

Spakowały kanapki na drogę – ze słoniną,

Do termosu herbaty nalały – z cytryną.

I poleciały się żegnać  – z rodziną.

– Możemy już lecieć.

– Jeszcze tylko bilety kupimy

i fruuu… na lotnisko lecimy!

A potem

samolotem

na Bahamy z LOT-em.

Wrócimy tu z wiosną, za tygodni osiem….

 

– A córeczki- sikoreczki – Sikor-tata pyta:

– wszystko macie?

– Okulary?

– Opalacze?

– Z filtrem krem?

– Tak  tatusiu,  we all  have!

– I paszporty? I piżamę? I bieliznę na zmianę?

– Eeeee…. paszporty??? A one nam na co???

– Jak to „na co”?! – Sikor twardo rzecze 

– Wszak Bahamy nie są w Unii – wie to każde dziecię 

– trzeba mieć paszporty!!

– Nie możecie lecieć…

😉

V.

Smochowice, 2012

 

Mgła.

 

 

 

 

 

 

… a dziś siwa mgła otuliła świat płaszczem zwiewnym, półprzejrzystym…

wymazała ludziom twarze, skradła barwy liści…

 

i szarością horyzont zakryła …

i kąty wyobliła, 

 

skróciła ulice, wytłumiła dźwięki…

i ziemi przychyliła nieba,

 a drzewa mokrym spięła welonem…

 

i na igłach sosen i nitkach pajęczyn nanizała brylantowych kropli rój….

 

i świat wstrzymała w pędzie szaleńczym – na mgnienie tylko…

bo zaraz potem, potajemnie, jak mgielne wspomnienie

rozwieje się w nicość…

 

Niebo z moich stron – wrzesień…

 

 

 

 

 

zdecydowanie barwniejsze niż to letnie,  lipcowo-sierpniowe, podobne jesiennym liściom, jakby chciało się przypodobać jesieni, jakby pozazdrościło jej barw… dynamiczne i nieprzewidywalne… piękne.

 

A jesień kocham…

Lubię zimę.

Za jej nieskalaną biel śniegu…   

i  za  wrony na śniegu Konstantego…

Lubię wiosnę.

Za nowe, zielone,  rozświergotane  Życie…

i  za optymizm…

Lubię lato.

Za malachit zaklęty w lipowym miodzie …

i za wieczorne burze nad morzem…

Lubię jesień.

Za…

Nie, nie! Jesień kocham…

 

***

 

     A ona właśnie przyszła, Pani Barwnooka –  pachnąca,  rozkolorowana,  wspaniała …

z  odurzającym  zapachem  dojrzałych  jabłek i śliwek,

ze słodkim  aromatem  konfitury z róż,

i pachnącym  Świętami,  grzybnym  koszem  na kuchennym stole,

z karminowymi  koralami  jarzębiny,

lawendowymi i wrzośnymi wiankami,

i atramentowymi  jagodami winnych gron,

i ze szkarłatnymi głogami,

i kasztanami lecącymi jak rudy grad, wprost pod nogi,

i prześwietlonymi słońcem, rubinowymi nalewkami, zamkniętymi w szklanych słojach,

i woskowymi ożynami, nabrzmiałymi sokiem w kolorze indygo,

i rokitnikiem,  całym w maleńkich, oranżowych pomarańczach,

i cynamonem  sosnowych szyszek,

i…

 

    Jesień…

czas z drzewami w sadach uginającymi się  pod ciężarem owoców,

z ogrodami pełnymi astrów, i chryzantem, i wrzosów, i  lawendy, i ostatnich herbacianych róż,

i z babim latem…

czas kipiący całą paletą barw na targowych straganach,

i stubarwnych  liści zaglądających do okien,

i z kluczem odlatujących dzikich gęsi, zamykającym lato …

 

     Kocham ten czas – niespiesznych, rowerowych wycieczek pośród ogrodów, w których zapobiegliwi gospodarze, równie niespiesznie, palą ostatnie letnie chwasty  i spadłe z drzew kolorowe liście… kocham obserwować jak fantastyczne kształty przybiera zielony dym, jak się snuje po ogrodach  wśród sztachet i krzewów, przydając im jakiegoś nieziemskiego i baśniowego wyglądu –  tyle w nim tajemniczości i  romantyzmu…

i tak pięknie obejmuje,  i otula sobą wszystko co napotka…

kocham zapach tego dymu  –

gęsty i  zielony, jak jego kolor…

ma w sobie  woń  mięty  i macierzanki,  i tymianku, lubczyku, i oregano,  i majeranku,

i letnich, gorących wieczorów,

i kwiatów,  i liści  skąpanych rosą,

i ziemi przygotowującej się do snu,

i ma obietnicę…

i tajemnicę…

   

     Kocham jechać aż do jeziora, drogą  pośród drzew pyszniących się feerią barw…

miliona barw zebranych z całego świata, bo przecież jest tu i mahoń kardamonu sprzedawanego na targu w Kalkucie, amarant szafranu z  suku w Casablance, i królewskie złoto kurkumy z bazaru w Stambule,  jest purpura  morskich zachodów słońca nad Egejskim Morzem, i głęboki antracyt wulkanicznych  piasków  z cypryjskich plaż, i cytryny ,  i ochra  afrykańskiej ziemi, i ugier Sahary, i bursztyn z zagubionej bałtyckiej wydmy, gdzieniegdzie błyska jeszcze zieleń oliwnych gajów, jak  lata cudne wspomnienie… bogactwo barw jest tak wielkie, że aż  w głowie się kręci, niektóre nienazywalne, bo jak tu nazwać kolor będący mieszaniną moreli, gorzkiej czekolady, granatu, wrzosu, fuksji, cytryny, sepii i jeszcze bógwieczego???…

 

    Kocham usiąść na chwilę na piaszczystym, jeziornym brzegu, zapatrzyć się  w pomarszczoną leciutkim wietrzykiem jesienną wodę, ponadziwiać  pływającym po powierzchni kolorowym plamkom opadłych liści, ponawdychać powietrza przesyconego wonią tataraku  i jeszcze czegoś, ledwie wyczuwalnego i  nienazwanego…

gdzieś daleko widać mleczne żagle łodzi zmierzających do mariny…

dużo bliżej, podobne żaglówkom, dumne łabędzie rozpościerają szeroko skrzydła i chwytają wiatr…

a ponad nimi goreje niebo, mieni się, jakby pozazdrościło malarskiego przepychu liściom…

powietrze nie ma już tej przejrzystości co latem, ale i tak widzę jak  na drugim brzegu zaczynają tajemniczo błyskać maleńkie światełka…

każde oznacza czyjąś obecność,…

czyjeś ważne sprawy…

radości…

smutki…

może zdrady?…

może miłość?…

 a z jeziora rodzi się mgła…

    

   Kocham wracać do domu, już prawie na samej granicy dnia,  owiana wiatrem, pachnąca  zielnym dymem, napatrzona do syta kolorowym  cudownościom, zmęczona i trochę zmarznięta…

kocham przysiąść…  jeszcze na chwilkę…  z filiżanką herbaty pachnącej słodkością różanej konfitury, w otwartym oknie…

dać się otulić szeptom i szelestom, poprzyglądać jak gaśnie dzień – wciąż jeszcze  trwa, bo widzę ogród, ale powietrze staje się coraz bardziej mgliste, cienie drzew robią się z każdą minutą dłuższe i dłuższe…

już prawie zlały się  ze  zmierzchem wypełzającym z mrocznych  kątów ogrodu…

skądś, z innego świata,  dobiega zgrzytliwy, jęczący i tęskny głos piły, ale zamiast mnie irytować – w jakiś dziwny, czarodziejski  sposób potęguje uczucie spokoju…

i… sielskości…

i… nostalgii…

może dlatego, że ledwo się przebija przez gęste, mgliste  powietrze, że jest wytłumiony i  zupełnie niedokuczliwy…

znowu czuję woń zielonego dymu – znalazł drogę  do mojego ogrodu… wciąż jeszcze dostrzegam  przepych rubinowych  liści dzikiego wina, pnącego się po murze…

wyglądają jak duże, rozcapierzone dłonie, które za mgnienie pochwycą noc…

 A ja rozpalę ogień w kominku brzozowym polanem.

 Kocham jesień.

 

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                   Smochowice, wrzesień

 

 

 

 

 

Ten pean 😉 na cześć jesieni napisałam dwa lata temu, ale od tego czasu nic, a nic w tej materii się nie zmieniło – kocham, jak kochałam, piękna jak była, tak jest, więc i pean jak najbardziej aktualny 😉

 

Niebo z moich stron – sierpień…

 

 

 

 

… było na podobieństwo lipcowego   – zmienne  –  raz romantyczne, z białymi, zwiewnymi obłoczkami, raz groźne i zasnute burzowymi chmurami, to znów gorejące barwami zachodzącego słońca, czasem horyzont spinała tęcza, a czasem nad głową rozciągał się bezmiar czystego błękitu…

Sierpniowe niebo.

Niebo z moich stron – lipiec…

 

 

 

… lipiec z bardzo dynamiczną pogodą pokazał też dynamiczne niebo – było upalnie  – jak, nie przymierzając, w Afryce, było burzowo i  deszczowo – czasem tak, że nie widziałam domów po drugiej stronie ulicy, a czasem było leniwie-lipcowo-wakacyjnie – z cichym bzykaniem owadów w drgającym powietrzu, ciężkim od zapachu nagrzanej trawy i kwitnącej lipy za płotem…

I były cudne wschody i zachody słońca… i feeria barw nad głową…

A Sonka tylko pstrykała, pstrykała, pstrykała…

podróż bliska, a daleka…

 

 

 

… bliska, bo raptem jakieś 90 km od mojego Posen, a jednocześnie tak daleka…

nie w sensie odległości, nie… ona jest daleka w sensie czasu…

bo ta dzisiejsza podróż, a właściwie wycieczka tylko, przeniosła mnie w bardzo odległy czas, czas dawno miniony i – zdałoby się – zapomniany…

czas, gdy tamte tereny uważałam za swoje…

czas na zawsze już związany z moim dzieciństwem, czas pełen wspomnień, zauroczeń, pierwszych, niezapomnianych zachwytów nad pięknem przyrody, czas, który miał ogromny wpływ na całe moje życie…

 

Byłam w Trzciance.

Niebo z moich stron – czerwiec…

 

 

 

znów stroiło się w cudne chmury – czasem leciutkie jak baranki (albo delfinki 😉 ), czasem kolorowe jak plama oliwy na wodzie, czasem groźne i ponure – burzowe i niebezpieczne, a czasem ubrane w tęczę…  aż żal było nie uwiecznić.

A do tego jeszcze pełnia boskiej Selene – najbardziej spektakularna w całym roku, bo największa 🙂 a na początku miesiąca ta Selene była jak rogalik…

Translate »